DAVE MARTONE – “A Demons Dream”

DAVE MARTONE – “A Demons Dream” ; 2002 Lion Music

W sumie, to chyba można by rozpocząć i jednocześnie zakończyć pisanie o tym krążku na jednym zdaniu: Płyta rozwala system po całości! Koniec! Kropka! No ale oczywiście nie będę tu grał roli czerstwego dziadka idącego na skróty i z uwagi na ogromny szacunek dla Dave’a i jego pracy, jednak postaram się nieco rozwinąć tę głęboką myśl przewodnią. Pisząc o tym gitarzyście naprawdę jestem zmuszony bardzo mocno się hamować, żeby nie przesadzić z entuzjazmem i trzymać na wodzy pokusę, by nie przesłodzić i nie wyjść na takiego, co to mu z nadgorliwości wazelina kapie spod pach, a oczy permanentnie nabiegają łzami uwielbienia… Ale do rzeczy!

Trzeba przyznać, że rok 2002, wydawniczo był rokiem bardzo przyzwoitym i nawet na poletku uprawianym przez instrumentalistów sensu stricto, działo się dobrze, mogliśmy bowiem cieszyć uszy zgrabnymi produkcjami m.in. Satrianiego („Strange Beautiful Music”), Morse’a („Split Decision”) czy chociażby Skolnicka („Goodbye To Romance: Standards For A New Generation”), a więc jak widać, elita nie zasypywała gruszek w radioaktywnym popiele. I nagle wśród tych szacownych dobroci, pojawia się kapitalny wręcz” „A Demons Dream” mało znanego, a tak prawdę mówiąc, zupełnie nieznanego grajka z Kanady pachnącej żywicą. I może ktoś raczy w tym miejscu zapytać: No i co w związku z tym? Ano właśnie to, że dostaliśmy wtedy wymarzony PlayStation pod choinkę, super rower na dzień dziecka i soczystego buziaka od najpiękniejszej dziewczyny z sąsiedztwa na urodziny, a wszystko to w jednym, gustownie zapakowanym pudełeczku z kokardką i wiele mówiącym napisem: „A Demons Dream”. Tak wiem, grubo przesadzam, ale nic nie poradzę na to, że wciąż cieszą mnie takie niespodzianki wprost ze świata tych, raczej niepoliczalnych przyjemności.

Jeżeli chodzi o wyobraźnię muzyczną, no to z pewnością Dave MARTONE należy do elitarnego grona, które bez najmniejszych nawet sztuczek retorycznych można bezspornie nazwać geniuszami. Owszem, mocne stwierdzenie, aczkolwiek nie pozbawione solidnych podstaw. Wszelkiego rodzaju slogany tyczące się tzw. „tryskania pomysłami”, to w tym wypadku czysty banał. Tutaj absolutnie nie ma nawet bladego cienia kunktatorstwa, nie ma grania pod publiczkę, za to jest jedna wielka celebracja kunsztu i rzemiosła gitarowego. To jedna z tych płyt, które windują poprzeczkę standardów bardzo, ale to bardzo wysoko i po jej wysłuchaniu, już nic nigdy nie będzie takie jak wcześniej. No, bo niby jak ma być, skoro muzyczna zawartość „Snu Demonów” zrywa papę z dachu i miażdży polotem? Na nieszczęście dla tych wszystkich „ziemniaczanych” gitarzystów, którzy rzeźbią sobie gdzieś w domowym zaciszu, takie wydawnictwo niestety potrafi też mocno sponiewierać ambicje, stając się naturalnym punktem odniesienia i trzeba się szczerze napracować, wylewając przy tym hektolitry potu, żeby choć symbolicznie zbliżyć się do niego poziomem i wnieść cokolwiek świeżego. Zdumiewa swoboda i naturalność, z jaką sztukmistrz z Vancouver żongluje w obrębie własnego stylu, tak różnymi gatunkami jak blues, metal, jazz, fusion, rock, country. W dodatku, wszystko to razem wzięte ma sens, logikę i prezentuje treści nieobarczone sztucznością. Warto zwrócić uwagę na pietyzm i często wręcz entuzjastyczne wykonania niektórych fragmentów, co oczywiście należy wiązać z niemal odczuwalną pasją do instrumentu. O strukturze poszczególnych utworów można powiedzieć wszystko tylko nie to, że są pospolite w jakikolwiek sposób. Mało co jest tu standardowe/klasyczne w sensie kompozycji, ciąg przyczynowo skutkowy w tym aspekcie jest mocno zachwiany, niewiele fragmentów nosi znamiona schematu i może do free – jazzowych poplątańców jeszcze troszeczkę brakuje, lecz całościowo materiał może sprostać nawet tym najbardziej wymagającym z wymagających słuchaczy. Jako zawodowy inżynier dźwięku Dave osobiście dopracował brzmienie, produkcję i mix w najdrobniejszych szczegółach i na tym polu wydawnictwo może uchodzić za wzorzec do naśladowania. Trzeba tutaj również przygotować się na niespodzianki natury, że tak to określę… estetycznej, związane np. z tytułami, ponieważ niektóre z nich ryją beret aż miło: „Attack Of The Celery Crunchers”; „Demon Fetal Harvest”; ”Goodbye Pork Pie Hat” (chociaż akurat ta jest autorstwa jazzmana, Charlesa Mingusa). Prawda, że bardzo przyjemne? Zresztą podobne „kwiatki” można znaleźć zarówno na wcześniejszych, jak i późniejszych wydawnictwach sygnowanych nazwiskiem MARTONE.

Jak powiada pewne bardzo mądre przysłowie: „Kto chce iść daleko ten idzie sam, kto chce iść szybko, ten idzie ze wszystkimi”. Innymi słowy, granice muzyki mogą przesuwać tylko wielkie osobowości z nieprzeciętnym talentem, zaś cała reszta musi szukać sposobów, aby znaleźć się we właściwym miejscu i czasie, bo tylko tak może cokolwiek zyskać i w ogóle jakoś tam sobie egzystować na drugim, trzecim i dalszych planach. Czy twórczość Dave’a MARTONE jest w jakimś wymiarze wyjątkowa? Z pewnością tak! Czy musi się wszystkim podobać? Oczywiście, że nie! Prawidła rynku muzycznego (chociaż zasada taka może być odniesiona też do innych dziedzin życia) wydają się proste i mówią, że gdyby Dave nie zaskakiwał publiki, nie wyróżniał się z tłumu, to klienci po prostu udaliby się do konkurencji po takie wrażenia, jakich potrzebują, a należy przyjąć, że zawsze będą potrzebować świeżości, oryginalności i jakości. Tych, którzy zadawalają się byle czym pomijam w moich niecnych knowaniach, gdyż oni niechybnie drepczą w miejscu i tylko pogłębiają szeroko pojętą próżność a przecież chyba nie o to tutaj chodzi, by poddawać się hasłu: „co zrobisz, jak nic nie zrobisz”? Kończąc już te pseudo publicystyczne dywagacje, muszę stwierdzić, że po wielokrotnym wysłuchaniu tej płyty, rodzi się racjonalne przekonanie, że MARTONE szanuje i siebie i szanuje swoich odbiorców, że nie zadawala się półśrodkami, że potrafi wyciągnąć scenę gitarową z marazmu i pchnąć ją na nieco świeższe tory. Chwała mu za to.

Ktokolwiek sądził w 2002, że instrumentalne granie gitarowe utknęło w miejscu bez przyszłości i rychłej nadziei na świeży powiew, powinien niezwłocznie zająć się szydełkowaniem albo wyczynową hodowlą kaktusów. Takim niedowiarkom Dave MARTONE mówi na tej płycie stanowcze nie!… i pokazuje przy tym gest Kozakiewicza w pełnej krasie! Naprawdę trudno jest rozpatrywać ten album w kategoriach innych niż same superlatywy i siłą rzeczy również kryteria oceny muszą tutaj być mocno wyśrubowane. Ta muzyka wydaje się mocno uzależniająca, ale na szczęście nie ma tu żadnej potrzeby konsultacji z lekarzem lub farmaceutą. Z mojego punktu widzenia, po prostu nie wypada nie polecić!

A.M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *