Recenzja #10 Dali’s Dilemma “Manifesto for futurism”

DALI’S DILEMMA – “Manifesto for futurism” (1999 Magna Carta)

maxresdefault

 

W poprzedniej ”rozprawie” zwróciłem uwagę na to, jak bardzo ważną i integralną częścią każdego wydawnictwa płytowego jest jego okładka, a co za tym idzie także i książeczka. Każdemu słuchaczowi  posiadającemu kompletne wydanie jakiegokolwiek wydawnictwa płytowego zalecam zaznajamianie się z informacjami w niej zawartymi, gdyż nawet te z pozoru nieistotne mogą okazać się bardzo użyteczne! Doskonałym tego przykładem – przynajmniej w moim przypadku jest casus zespołu DALI’S DILEMMA i jedyna spuścizna po tej rewelacyjnej formacji, czyli album ”Manifesto for futurism”. Za tą enigmatyczną, choć trzeba przyznać bardzo poetycką nazwą kryje się pięciu fantastycznych, młodych i niezwykle utalentowanych amerykańskich muzyków, którzy wpuścili sporo świeżego powietrza do zatęchłego już wówczas i do cna wyeksploatowanego w latach 90-tych XX stulecia gatunku zwanego progressive metalem! To, co zaproponowali na swoim wybornym debiucie wykraczało daleko dalej poza granice tego nurtu i przyczyniło się do postrzegania go w zupełnie nowym świetle. Ale zanim napiszę słów kilka o samej zawartości tego wydawnictwa…

Dotarcie do tego albumu było pochodną splotu kilku zbieżnych w pewnym punkcie informacji, które doprowadziły w stosownym momencie do wzbogacenia mojego skromnego zbiorku o te niesamowita pozycję!  Iskierkę, która rozpaliła lont mojej ciekawości, a zarazem moje pierwsze zetknięcie z nazwą DALI’S DILEMMA, zawdzięczam  jednemu z największych współczesnych herosów gitary-Jamesowi Murphy! To właśnie w trakcie zapoznawania się z jego fenomenalnym dziełem o nazwie „Feeding the machine” (1998) i wiedziony ciekawością młodego jeszcze wówczas reprezentanta homines sapiens, na długiej i imponującej liście muzyków biorących udział w sesji nagraniowej  tego albumu zauważyłem obecność dwu reprezentantów wzmiankowanej grupy: Jeremy Colsona (perkusja) i Matta Guillory (klawisze), a że James Murphy nie zwykł pracować z ułomkami … nazwę bezsprzecznie należało zakodować!

Onego splotu zbieżnych w pewnym punkcie informacji ciąg dalszy …  Kolejnego dowodu na to, iż nie będę miał do czynienia ze zwykłym tworem dostarczył mi udział wokalisty grupy DALI’S DILEMMA Matta Bradleya w przedsięwzięciu o nazwie EXPLORERS CLUB. Matthew  zachwycił mnie i zapewne także cały progresywny światek, na wydanym pod szyldem właśnie tego projektu  koncept albumie ”Age of impact”. Na jego czele stał lider grupy MAGELLAN Trent Gardner, a do wspólnej pracy nad płytą zaprosił największe osobistości progresywnego grania,jak: Terry Bozzio, Billy Sheehan, James LaBrie, John Petrucci, Derek Sherinian, James Murphy,… i wielu innych. Bradleya uczyniono zaś odpowiedzialnym za partie wokalne w utworze ”Fading Fast”, a że z tego zadania wywiązał się znakomicie … Już wówczas w tej zaskakującej niezwykłą dojrzałością próbie swojego niebywałego talentu, zdołał oczarować mnie swoim nietuzinkowym głosem oraz interesującym i nader swobodnym sposobem interpretacji! Nic więc dziwnego, że wszyscy miłośnicy pięknych dźwięków-w tym także moja skromna osoba-z niecierpliwością wyczekiwali pełnowymiarowego, debiutanckiego krążka kapeli, której przewodził, na którym mógłby pokazać pełnię swoich nieprzeciętnych umiejętności. I stało się-doczekaliśmy tego momentu! W roku 1999 pojawia się na rynku wydawniczym debiutancki album tejże formacji! Dowodem na to, iż warto było czekać jest choćby ten kolejny ”muzyczny pomnik” w naszym cyklu! Zespół zaprezentował na nim prawdziwie elektryzującą muzykę z pogranicza ciężkiego metalu i intrygującego art rocka, ale nie tylko! Nie brak w niej świetnych, wpadających w ucho melodii perfekcyjnego wykonania oraz niepowtarzalnego nastroju. Wisienką na torcie są wyśmienite wirtuozerskie popisy/partie instrumentalne. Na tych, którzy zdecydują się dotrzeć do tego wyjątkowego, okraszonego równie wyjątkową okładką autorstwa Dave’a McKeana wydawnictwa-a nie będzie to zapewne zadanie łatwe, gdyż jest to pozycja obecnie trudno dostępna-czeka nie lada gratka, prawdziwa uczta dla uszu wytrawnego słuchacza! Od pierwszych dźwięków  rozpoczynającej całość kompozycji ”Within a stare”, aż po zapierający dech w piersiach finałowy utwór ”Living In fear” nie opuszcza słuchacza przekonanie, iż obcuje z czymś wyjątkowym! Dla mnie osobiście jest to jeden z najwspanialszych debiutów w historii muzyki rockowej i zarazem jeden z najbardziej niedocenionych albumów!

Już na otwarcie dostajemy coś … nieprzewidywalnego. Przez kilkadziesiąt pierwszych sekund utworu „Within a stare” muzycy raczą  nas bowiem świetnym acz utrzymanym w klimacie muzyki elektronicznej motywem, jakiego z pewnością pozazdrościłby im sam J.M JARRE! O partiach solowych, które możemy usłyszeć w dalszej jego części nawet nie ma sensu wspominać, bo to doskonałość-i tyle! W kolejnym     utworze „Miracles in yesteryear” skrzącym się pomysłami, otrzymujemy w części środkowej bardzo pokaźną, bo aż kilkuminutową dawkę fantastycznych (nie lubię tego słowa- ale jednak muszę je tutaj użyć) popisów solowych, wśród których prym wiedzie gitarzysta Patrick Reyes, ale warto także zwrócić uwagę na fenomenalną partie solową zagraną tutaj przez basistę Steve Reyesa-coś niesamowitego! Niczym nie odbiega od niego „Despite the  Waves” w którym docenić należy zwłaszcza kapitalną współpracę klawiszowca z gitarzystą oraz niesamowitą kreatywność wokalisty. Panowie serwują nam na tym albumie także dwie przecudnej urody instrumentalne miniaturki muzyczne- króciuteńkie, ale jakże treściwe. Mowa o utworach „Whispers” oraz „Andromeda sunrise”. Pierwsza to dzieło klawiszowca Matta Guillory, jako środka wyrazu wykorzystująca tylko i wyłącznie skromny, klawiszowo-fortepianowy podkład, ale jaka wyszła z tego perełka … Druga, to z kolei kompozycja gitarzysty z pięknie wywiedzioną solową partią gitary akustycznej na tle akustycznego- także gitarowego podkładu … Ech, poezja, poezja! Jeśli komuś jeszcze mało atrakcji, to z pewnością dostarczą mu ich kolejne propozycje grupy, a zwłaszcza przecudnej urody „Hills of memory”. Idę o zakład, iż co najmniej 99.9% słuchaczy, którzy nigdy nie mieli do czynienia z nazwą DALI’S DILEMMA, po wysłuchaniu początkowych fraz tego utworu, a już zwłaszcza po usłyszeniu barwy głosu i  sposobu interpretacji tekstu przez wokalistę wskazałoby jako wykonawcę … U2 i jakiś niepublikowany utwór tej grupy! Tak, tak, i to z tego najlepszego okresu jego działalności ,czyli płyt „The Unforgettable fire”/ „The joshua tree”! Daje to piękne świadectwo ogromnej otwartości ale zarazem nieprzewidywalności grupy, dzięki której muzyka przez nią prezentowana jedynie zyskuje na wartości. No, i na koniec „Living in fear”. Faktycznie sporo muzycznych wątków w tym utworze podszyte jest jakimś podprogowym strachem, głównie dzięki wykreowanej przez klawisze niesamowitej, mrocznej atmosfery, którą rozjaśnia fantastyczna kantylena wywiedziona przez Matta Bradleya …

I takim sposobem dobijamy do końca tego niezwykłego i-nie boję się użyć tego słowa- ponadczasowego albumu, gdyż muzyka proponowana wówczas, u progu nowego tysiąclecia przez grupę DALI’S DILEMMA, to pełna polotu i finezji wizja tego, jak powinien brzmieć rock początku Nowego Millenium. To nowoczesna porcja solidnego groove, która z pewnością zadowoli najwybredniejszych amatorów Prawdziwej Muzyki. Płyta niebanalna, nieprzeciętna, nowatorska i, choć tak perfekcyjnie zaaranżowana i zrealizowana, to- ku mojemu zadowoleniu-nie pozbawiona tej magicznej i nieczęsto dającej się uchwycić entuzjastycznej spontaniczności! Dzisiaj możemy już tylko spekulować, co mogłyby przynieść nam kolejne płyty zespołu, bo przecież potencjał drzemał w tych pięciu muzykach niesamowity. Niestety nie doczekaliśmy się-i nic nie wskazuje na to, że jeszcze kiedyś doczekamy-powrotu grupy do świata żywych, ale podobno nadzieja umiera ostatnia, więc …

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *