Recenzja #104 WARLOCK – “Triumph And Agony”

WARLOCK – “Triumph And Agony”; 1987 Phonogram

Dla młodego pokolenia słuchaczy będzie to wydawnictwo niemalże prehistoryczne, skoro muzyczne wydawnictwa sprzed dwóch czy trzech lat uchodzą w ich mniemaniu za pozycje stare. Skąd zatem u piszącego te słowa taka potrzeba sięgania do zamierzchłych czasów? Pomijając już zupełnie kwestie czysto sentymentalne, chociażby dlatego, iż nie da się zupełnie pominąć lub zmarginalizować w znacznej mierze predykcyjnego charakteru tych wspaniałych wydawnictw płytowych sprzed lat. A poza tym… zwyczajnie ciągnie wilka do lasu, chociaż bardziej adekwatne do sytuacji byłoby stwierdzenie: ciągnie wyjca do wyjców! Mijają lata, zmieniają się pokolenia, a stosunek przeciętnego Kowalskiego do muzyki metalowej czy też rozpatrując ten temat w szerszym spektrum – jej cięższych muzycznych odmian, nie ulega zmianie ani o jotę. Cóż, przebaczam im, albowiem nie wiedzą co tracą! Mam jednak dla tej, będącej wciąż w opozycji do ciężkiego grania, przeważającej części społeczeństwa, informację „wielkiej wagi’. Otóż naukowcy z australijskiego muzycznego laboratorium Macquarie University dowiedli (to informacja o stosunkowo krótkim rodowodzie), że miłośnicy ciężkich brzmień, to zazwyczaj ludzie inteligentni, pogodni i z pozytywnym nastawieniem do życia, zaś ich dominującą postawą podczas wchłaniania ulubionych dźwięków jest radość, nie zaś, jak to pokutuje w stereotypowym postrzeganiu tej grupy, szerzenie agresji i nienawiści. Aby obalić mit dotyczący negatywnego wpływu ciężkich brzmień na zachowanie słuchaczy, przeprowadzono eksperyment psychologicznyw którym badaniu poddano 32 fanów muzyki heavymetalowej i 48 osób niesłuchających takiej muzyki. Członkom obydwu grup pokazywano obrazki zawierające sceny przemocy na przemian z tymi portretującymi zwyczajne, sielskie życie, zaś jako akompaniament dla tych projekcji puszczano muzykę metalową i pop. Jak się okazało, nie dostrzeżono różnic w reagowaniu słuchaczy jednej i drugiej grupy na sceny przemocy. Cóż, wyniki tych eksperymentów nie są dla mnie żadnym objawieniem, gdyż przyjmowałem je za obowiązującą nomę na długo przedtem zanim postanowili to zjawisko zbadać uczeni ale ludziom nieprzychylnych ciężkim brzmieniom powinny jednak dać nieco do myślenia.

Muzyka heavymetalowa w swej różnorodności osiągniętej w drodze ewolucji gatunku stanowi emanację prawdziwie szczerej i wyzwolonej z pęt konwenansów sztuki. Użycie tak ekspresyjnych środków wyrazu sprawia, iż metal ma różne oblicza, wiele twarzy. Ten prezentowany przez grupę Warlock miał twarz pięknej blondwłosej Niemki – Dorothee Pesch. Zapewne znajdą się tacy, dla których taka konstrukcja zabrzmi niczym oksymoron, wobec tego spieszę z wyjaśnieniem: powyższe stwierdzenie nie musi się wykluczać, kiedy ma się świadomość, iż dzięki matce Barbarze, płynie w niej tyle samo niemieckiej, co polskiej krwi. Jak się jednak miało okazać, panna Dorotka pisała zupełnie inny scenariusz swojego życia. Zwieńczeniem pogoni za sukcesem i jego pochodną – sławą, okazał się być kraj z niezwykle chłonnym i największym światowym rynkiem muzycznym – Stany Zjednoczone. Pierwszym efektem tych życiowych wyborów jest właśnie zajmujący nas, czwarty w dyskografii Warlock album „Triumph And Agony”. Całego procesu nagraniowego dokonano już w USA. Z oryginalnego składu zespołu ostała się jedynie dwójka muzyków: wokalistka Doro Pesch oraz perkusista Michael Eurich. Barw Starego Kontynentu bronił jeszcze gitarzysta Niko Arvanitis, natomiast dopływ świeżej krwi zapewniło grupie dwóch Amerykanów: gitarzysta Tommy Bolan i basista Tommy Hendriksen. Co by nie mówić, zespół w tej nowej, niemiecko – amerykańskiej konfiguracji sprawdził się znakomicie, czego całe mnóstwo dowodów zebrano w pakiecie opatrzonym jednym wspólnym tytułem: „Triumph And Agony”, który – o czym zarówno zespół, jak i jego fani mieli się już wkrótce przekonać – okazał się profetyczny! Najwybitniejsze dzieło Czarnoksiężnika okazało się nie tylko jego największym sukcesem artystycznym i komercyjnym (triumph) ale niestety także wydawnictwem zamykającym piękny, aczkolwiek bardzo krótki rozdział w działalności Warlock (agony). Ale niepotrzebnie wybiegam z tymi faktami do przodu, wszak zajmować ma nas nie faktografia lecz sama muzyka zespołu, a ta jest wyśmienita!

Każdy z zamieszczonych na tym krążku utworów aż kipi od twórczej weny, rewelacyjnych melodii (nośne refreny + rozrywająca słuchacza na strzępy, powalająca ekspresja wokalna liderki) oraz polotem wykonawczym, zwieńczonym erupcją niesamowitej kreatywności w partiach solowych trudnego do ujarzmienia gitarowego tandemu Arvanitis – Bolan. Wszystko to doskonale zazębia się ze sobą i splata w jedną, nierozerwalną całość. Co by nie napisać album „Triumph And Agony” okazał się być w swej istocie idealnym wręcz pomostem scalającym wcześniejsze dokonania grupy. Mamy tutaj bowiem kojarzoną bardziej z hard rockową estetyką melodyjność wcześniejszego „True As Steel” zestawioną w sposób wzorcowy ze zdecydowanie ostrzejszą i utrzymaną w prawdziwie metalowej konwencji przeszłością grupy. „Triumh And Agony”, to kawał doskonałego, osadzonego ściśle (ale nie sztywno!) w estetyce heavy metalu lat 80 – tych XX w. grania. Klasyk, jak się patrzy! Nawet w złotej erze ”heavy metalu, jak zwykło się nazywać najlepsze dla tego gatunku lata, przypadającej na wspomnianą już, a dawno niestety minioną dekadę, ten album błyszczał niczym diament. Rola jaką odegrała w historii heavy metalu, i to nie tylko jego niemieckiego odłamu Doro Pesch, to opowieść na osobny rozdział. Na dodatek, pomimo „słusznego” już obecnie wieku, pozostaje nadal piękna, młoda duchem, skromna i wciąż twórczo nienasycona. Niełatwo jest być wokalistką w zespole metalowym, choć zapewnie to zadanie znacznie łatwiej jest pełnić, jeśli jest się jednocześnie jego liderką, a z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia w odniesieniu do grupy Warlock. I jeśli jakiś sceptyk wcześniej kwestionował jej przydomek „Metal Queen”, to myślę, że po wysłuchaniu rzeczonego albumu, wszelkie kontestatorskie zapędy ulotnią się szybciej aniżeli się pojawiły. Po takiej demonstracji swoich wokalnych możliwości, jakiej możemy być świadkami w „East Meets West”, „Kiss Of Death”, „Cold, Cold World’, a zwłaszcza w „Touch Of Evil” (to nieziemskie, zapierające dech vibrato w samej końcówce utworu!), rozwiane powinny zostać wszelkie wątpliwością dotyczące dzierżonego przez Doro tytułu; dopóki „głos Czarnoksiężnika” pozostaje w grze, tzn. jest artystką aktywną (tworząca, nagrywającą i koncertującą), ten tytuł nie powinien być przechodni – to mój postulat! O tym, Iż tytuł „Metal Queen” nie został nadany sobie samozwańczo dowodzą także pozostałe kompozycje: „All We Are” – prawdziwy hymn całej metalowej społeczności, który, na dobrą sprawę, zwłaszcza w obecnej, napiętej sytuacji za naszą wschodnią granicą, mógłby być hymnem całej zjednoczonej Europy, a nawet całego cywilizowanego świata; „Metal Tango” – nie trzeba znać obowiązującego w tangu układu kroków, wystarczy założyć glany i po prostu ruszyć w tany!; „I Rule The Ruins” – mistrzowskie połączenie gitarowego wymiatania z pięknie bujającą wokalną melodyką; „Fur Immer” – stonowane, balladowe i niezwykle urzekające zwieńczenie albumu (ukłon w stronę niemieckojęzycznego słuchacza)…

Myślę, że w całej, jakże już obszernej i bogatej dyskografii utytułowanej Niemki właśnie album „Triumph And Agony” zajmuje wyjątkowe miejsce; osobiście dziwiłbym się bardzo, gdyby było inaczej? Dowodem na to niech będzie ostatnie jak dotąd wydawnictwo zatytułowane „Warlock – Triumph And Agony Live”. Ta audio – wizualna pozycja ukazała się co prawda (ze względów prawnych) pod szyldem Doro ale to dla zwolenników prawdziwej heavy metalowej klasyki mało istotny szczegół. Najważniejsza jest zawartość! A ta jest niezwykła, bowiem prezentuje odegrany w całości (choć ze zmienioną kolejnością w stosunku do studyjnego odpowiednika) i zarejestrowany podczas Sweden Rock Festival w 2017 roku, kultowy materiał niemieckich klasyków. Jak łatwo policzyć w tymże 2017 roku celebrowano 30 – lecie ukazania się tego materiału na rynku wydawniczym. Ta pozycja czekała na swa publikację kilka lat ale najważniejsze że w ogóle się ukazał, co w dzisiejszej dobie wcale nie było takie oczywiste. A przypomnę tylko, iż żaden z wcześniejszych studyjnych wydawnictw Warlock nie doczekał się podobnej nobilitacji – to chyba jednak o czymś świadczy? W tym roku temu wyjątkowemu albumowi stuknie 35 latek ale gwarantuję, iż nie utracił nic ze swojej magii, a to przecież przywiej dzieł ponadczasowych – czyż nie?

Recenzent: Karol F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *