Recenzja #11 Collage “Moonshine”


Collage „Moonshine” (1994r., SI Music)

cover_553492472016_r

Niniejszą recenzją otwieramy drugą dziesiątkę poszukiwań naszych „Muzycznych Pomników”. Jako że od dłuższego już czasu Naczelny ( to oczywiście od nazwy sprawowanej funkcji , nie zaś od rzędu w obrębie gromady ssaków , od której nota bene – jeśli wierzyć darwinowskiej teorii ewolucji – wszyscy się wywodzimy ) dopominał się jakiegoś rodzimego reprezentanta w tej cyklicznie wydłużającej się Alei Zasłużonych, to dlaczego nie zrobić mu niespodzianki?  Choć w skrytości ducha, mam nadzieję, że nie tylko jemu, że znajdzie się jeszcze przynajmniej kilka… osób, które łaskawym okiem zerkną na me wypociny …byłoby miło! Co do wyboru tego, a nie innego wykonawcy inaugurującego poczet wykonawców polskich ( z czasem będzie ich w naszym cyklu zdecydowanie więcej – obiecuję! ), to nie kryje się za tym żadna głębsza ideologia. Ot, po prostu, padło na COLLAGE – i tyle! Równie dobrze mogło paść na… Naprawdę jest spora lista oczekujących polskich wykonawców, którzy kiedyś doczekają „zaszczytu” umieszczenia w tej rubryce. Trzeba jednak wykazać  się większą cierpliwością i zdecydowanie większym  zaufaniem do piszącego te słowa, a wspomniana lista oczekujących sukcesywnie będzie skracana! Ale przecież ja nie o tym …

„Moonshine” to trzecie i zarazem najdoskonalsze wydawnictwo grupy COLLAGE – co do tego chyba nikt ze śledzących poczynania nie tylko tego zespołu, ale także całej polskiej sceny muzycznej nie ma wątpliwości ! To album – marzenie każdego wykonawcy! Doskonały jest każdy aspekt tego wydawnictwa. Doskonała jest muzyka, teksty, obraz na okładce… Ponieważ członkowie grupy przyjaźnili się z Tomkiem Beksińskim, uzyskanie zgody na wykorzystanie jednego z obrazów jego ojca, Zdzisława Beksińskiego w charakterze pieczętującej całe wydawnictwo okładki, wydawać się mogło czystą formalnością – i tak też się stało! Dzięki tej protekcji na kopercie płyty „Moonshine” zreprodukowano obraz Zdzisława Beksińskiego. Utrzymany jest on w typowym dla tego malarza surrealistycznym stylu : coś, co można zobaczyć tylko i wyłącznie w jakimś niesamowitym śnie . A ta płyta, to dla tej warszawskiej grupy jakby najpiękniejszy sen, który mógł okazać się początkiem czegoś niesamowitego… ale już na jawie! Cóż, bajkowa muzyka wymaga równie nadzwyczajnej oprawy wizualnej, a możliwość korzystania z zasobów Mistrza z Sanoka było tego gwarantem! Co by nie mówić, na takiej współpracy mogły skorzystać obydwie reprezentowane tutaj dziedziny sztuki. Bo zarówno miłośnicy grupy, którzy do tej pory byli na bakier ze znajomością czołowych reprezentantów współczesnego malarstwa, a co za tym idzie także ich dzieł, mogli dzięki opisowi zawartemu w książeczce wydawnictwa dowiedzieć się o istnieniu takiego artysty, jak Zdzisław Beksiński, z kolei wyznawcy jego talentu malarskiego doskonale zorientowani we współczesnej sztuce wizualnej, poszukując ciekawostek związanych z ich mentorem, mogli natknąć się na informację o zdobiących albumy grupy COLLAGE ( następny album grupy zatytułowany „Safe”, również opatrzony był reprodukcja obrazu Beksińskiego ) dziełach swojego mistrza, a wówczas kierując się choćby czystą ciekawością… wejść w muzyczną przestrzeń wykreowana przez zespół i kto wie – może dać się jej ponieść ?

Sama rejestracja materiału na płytę „Moonshine” miała miejsce w Holandii . Dlaczego akurat muzycy wybrali to państwo do nagrania miejsce swojego magnum – opus? Otóż  holenderski rynek muzyczny, jako jeden z pierwszych zainteresował się naszym zespołem, a miało to miejsce kilka lat wcześniej, po wydaniu przez zespół debiutanckiego albumu „Baśnie”. Całe zainteresowanie polskim zespołem zapoczątkowały mające wówczas duży wpływ na słuchaczy i cieszące się sporym autorytetem wśród odbiorców muzyki progresywnej, holenderskie fanziny ! Być może wynikało to ze specyfiki tamtejszej sceny art rockowej i z faktu, iż COLLAGE grał zdecydowanie inaczej aniżeli inne formacje tego nurtu ; nosili w sobie jakiś pierwiastek oryginalności. Zdecydowanie wyróżniał ich także, spośród całej masy ambitnie pogrywających zespołów wokalista Robert Amirian – wszechstronnie uzdolniony wokalnie ( świetny warsztat wokalny, a do tego perfekcyjne opanowanie języka angielskiego, akcentu nie wyłączając! ) i na dodatek potrafiący świetnie grać na gitarze akustycznej , co mogło nie mieć większego znaczenia podczas pracy w studio ale już w trakcie występów na żywo okazywało się nie lada zaletą. Zapewne nie bez znaczenia jest w tej sytuacji także fakt , iż grupa na wydanie tej płyty miała podpisany kontrakt z szalenie liczącą się wówczas na europejskim art rockowym rynku wydawniczym holenderską firmą SI Music , mającą w swoim wydawniczym katalogu takie sławy progresywnego grania, jak Pendragon czy IQ.

Praca w studiu zajęła zespołowi dwa miesiące , jednakże samej sesji nagraniowej muzycy nie wspominają najlepiej. Robert Amirian już po dwóch dniach nagrań… nie mógł śpiewać z powodu infekcji gardła! Mimo, iż wszystkie partie wokalne miał już wcześniej doskonale przygotowane i opracowane , wskutek infekcji nie był w stanie zrealizować swoich zamierzeń w 100 % , gdyż nie miał już siły na ich interpretację ! Wspominał potem, że  gdyby to tylko było możliwe , nagrałby część ścieżek wokalnych ponownie. Cóż , perfekcjoniści tak mają ! Ja żadnej niedyspozycji wokalisty podczas odsłuchiwania tego materiału  nijak dostrzec nie potrafię, zatem… ktoś tutaj chyba przesadza z tą domniemaną niedyspozycją ?  Może nie wszyscy wielbiciele grupy się ze mną zgodzą, ale chyba największym atutem COLLAGE jest wokalista Robert Amirian. Jego śpiew wyraża wszystko: może być zarówno wzniosły i patetyczny ( „Heroes cry” ) , łagodny ( „Lonely Day” , „War is over” ), jak i pełen ekspresji i żarliwości ( „In Your eses” , „The blues” ), ale też gorzki i pełen smutku („Moonshine”). I choć być może styl muzyczny reprezentowany przez zespół nie jest specjalnie odkrywczy , wszak w bardzo czytelny sposób odwołuje się do klasyków gatunku ze wskazaniem na wczesny Marillion, to czy znajdzie się ktokolwiek, kto jest w stanie to zespołowi zarzucić? To tak , jakby świadomie wyrzec się tego , co najbardziej  w życiu kochamy – piękna w każdej postaci!

Już rozpoczynające ten krążek potężne organowe akordy zwiastują piękne doznania i nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty przesady ! Na całym albumie aż roi się od cudownych, pięknie rozwijających się, choć także nie oczywistych melodii idących w parze z patetycznym brzmieniem instrumentów klawiszowych wykorzystanych tutaj na różnorakie sposoby , zaś śpiew wokalisty idealnie wtapia się w to gitarowo – klawiszowe tło.  Nie ma przerw pomiędzy utworami : słuchamy jakby jednej długiej kompozycji. Niektóre utwory ( „In Your eses” , „Moonshine” , „Wings in the Night” ) to swoiste mini – suity . Mnogość melodycznych motywów, wiele zmian rytmu i dynamiki… Duża w tym zwłaszcza zasługa gitarzysty Mirka Gila . Jego długie gitarowe sola wprowadzają niezwykły , odrealniony nastrój… Bez żadnych oporów i cienia przesady mogę stwierdzić , iż to gitarzysta – pejzażysta tej samej rangi co Andy Latimer , Steve Rothery czy Steve Hackett ! Kompozycje zespołu nie były pomyślane jako długie suity lecz są to jakby pocięte taśmy , fragmenty z połączenia których uzyskujemy obraz całości – jakże pięknej całości należałoby dodać ! Bajka!

Tarcia na linii zespół – producent doprowadził do tego , iż miksy końcowe zarejestrowanego materiału dokonano już w Polsce . A brzmienie jakie zespół osiągnął na tym albumie można beż zbędnej celebry określić mianem rewelacyjnego! Bardzo przestrzenne , ale też – co należy podkreślić, gdyż nie jest oczywista oczywistość w reprezentowanej przez zespół stylistyce – o świetnej dynamice,czego doskonałym przykładem choćby jeden z moich ulubionych utworów na płycie – „The blues” nie mający oczywiście z bluesem, jako gatunkiem muzycznym nic wspólnego! Można się rozpływać w zachwytach nad tym materiałem , ale prawda jest taka , że to właśnie COLLAGE swoim najdoskonalszym albumem wyznaczył tak wysoki poziom wykonawczy i artystyczny polskim przedstawicielom rocka progresywnego, iż dopiero dekadę po ukazaniu się „Moonshine” pojawił się na muzycznym rynku zespół mogący z nim konkurować a nazwa jego … Riverside ! Ale to już opowieść dla innego pomnika przeznaczona !

Carl Philipp Emanuel Bach , trzeci Sym J.S.Bacha i podobnie jak ojciec kompozytor , stwierdził kiedyś , iż : „Domeną muzyki jest poruszać serca”. COLLAGE na albumie „Moonshine” realizuje ten postulat w 100 %!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *