Recenzja #13 DEATH “Symbolic”

DEATH “Symbolic”, 1995 Roadrunner Records

d5ce1392bfe3bdfeb6068811c7807b33

Decyzja  o umieszczeniu właśnie tego albumu, właśnie tego zespołu, w tym a nie innym czasie i z takim, a nie innym  numerem (recenzja nr.13), została przeze mnie podjęta nieprzypadkowo! 13 grudnia 2001 roku to „SYMBOLICzna” data dla całego muzycznego świata ciężkich dźwięków. Tego bowiem dnia z doczesnym życiem pożegnał się twórca i lider nieodżałowanego zespołu DEATH – Chuck Schuldiner! Odszedł, gdyż przegrał nierówną – jak to zwykle z nowotworami bywa – walkę! W jego przypadku, był to nowotwór mózgu. Niestety nie pomogły skomplikowane operacje mózgu przeprowadzone przez najlepszych specjalistów, na nic zdały się także naświetlania i chemioterapia, niczego niw wskórało także leczenie alternatywne,… nie udało się pozbyć „parszywej przybłędy”! Chuck miał dopiero 34 lata i umysł wypełniony po brzegi całą masą muzycznych pomysłów i projektów! Niestety nie będzie nam już dane poznać żadnej nowej kompozycji tego genialnego muzyka, a obserwując kolejne dokonania jego macierzystego zespołu i coraz śmielszą eksplorację nowych muzycznych obszarów, nie kojarzonych z konwencją jaką reprezentował, można było oczekiwać kolejnych muzycznych pereł – jak ta, której omawianiem będziemy się zajmować! SYMBOLICzna data, SYMBOLICzna płyta, i to nie tylko dla całego gatunku który zespół współtworzył Mam nadzieję, że SYMBOLICzna również dla naszego cyklu „Muzyczne Pomniki”; że pozwoli zaznaczyć swą obecność na tych stronach, także innym reprezentantom muzycznej ekstremy, zaś odbiorcom naszych dotychczasowych prezentacji, spojrzeć łaskawszym okiem na proponowane tutaj – od czasu, do czasu –  nieco „odmienne stany muzycznych uniesień”.

Dlaczego spośród co najmniej kilku doskonałych albumów tej grupy, do opisania w tej rubryce, i przy takiej okazji wybrałem właśnie ten album? Przecież równie dobrze mógł w tym miejscu pojawić się ekstremalny, prawdziwie „czysto” deathowy manifest w postaci „Leprosy”, przesycony fantastycznymi gitarowymi solami „Spiritual Healing”, otwierający nowy rozdział w karierze grupy „Human” z niesłychanie zagęszczonymi riffami i wyborną pracą, iście jazzowej perkusji czy też niezwykle ceniony w środowisku odbiorców progresywnego metalu, bardzo złożony technicznie i skomplikowany i – co ciekawe – wcale nie mniej ekstremalny od poprzedników „Individual Thought Patterns”? Wyjaśnię to na końcu, albo przynajmniej spróbuję …

Zapewne wśród rzeszy oddanych grupie DEATH fanów byli i tacy, którzy powątpiewali w to, iż na swoim szóstym albumie ta załoga może jeszcze czymkolwiek zaskoczyć. Ba, ośmielę się nawet zaryzykować stwierdzenie, iż zdecydowana większość z nich o żadnych zmianach nie chciała nawet słyszeć! Zmiany w obrębie takiego gatunku, jak death metal – stylu o jasnych wytycznych i – nie oszukujmy się – dosyć sztywnych granicach, nie zawsze spotykały się ze zrozumieniem u ortodoksyjnych fanów. Nie zważając na te ograniczenia Chuck po raz kolejny przesunął granice percepcji fanów ciężkich dźwięków, a że przesunął je o kolejnych kilka lat świetlnych…? No cóż, od tego mamy muzycznych wizjonerów, którzy często kosztem niezrozumienia parli tylko i wyłącznie do przodu, nie oglądając się wstecz! Z przedpremierowych wywiadów z twórcą całego materiału na tę płytę, biła niesłychana ekscytacja tym, czego dokonał wraz z zespołem – nic dziwnego, w końcu dopiął swego – nagrał dokładnie to, co chciał i to w jakim stylu! Jego założeniem było stworzenie takiej płyty, która wywoła wśród słuchaczy taki sam efekt, jak nadepnięcie na gwóźdź! Tymi gwoźdźmi są bowiem wszelkie czyhające na odbiorcę „niespodzianki”, czyli rozwiązania absolutnie „nieodpowiednie”, jeśli wpasować je do stylistyki DEATH. Bo i na cóż tutaj trafimy? Jakieś łagodne melodyjki, delikatne pogłosy, gdzieniegdzie pojawiają się piękne zagrane na gitarach akustycznych motywy, elektroniczna perkusja (Propeller & M – 14 Shell),… to mogło starych fanów odstraszyć, ale jak się okazuje, wcale nie musiało i nie odstraszyło! Zniewalająca jest dynamika tych nagrań! Główna tego zasługa leży w osobie perkusisty, Gene Hoglana, znakomicie odnajdującego się zarówno w superszybkich partiach, w których nie ma sobie równych i w których przekracza granice szybkości i intensywności w „przesypywaniu kartofelków”, jak i w partiach wymagających większej finezyjności, a takich fragmentów na tym albumie nie brakuje. Zaskakuje kreatywnością i niesłychaną precyzją wykonania! Każdy utwór z tej płyty to prawdziwa poezja metalowego bębnienia! Dodajmy do tego Chucka  w szczytowej formie kompozytorskiej, wokalnej oraz instrumentalnej – wychodzi ARCYDZIEŁO!

Na tym albumie nie ma słabych utworów! Ba, na tym albumie nie znajdziemy dobrych utworów! Nie znajdziemy na niej przypadkowych dźwięków! Słychać, jak tytaniczną pracę wykonał zespół w studiu nagraniowym, ileż trudu włożono w skomponowanie i zaaranżowanie tego materiału, a potem ile wylano potu w trakcie jego rejestracji. Wystarczy posłuchać tych nagłych, niesamowitych przyśpieszeń w utworze tytułowym albo gitarowego dialogu po wybrzmieniu pierwszego refrenu w tymże utworze. Posłuchajcie tego, co dzieje się tuż po refrenie w „Zero Tolerance” czy niesamowitych ambientowych, rozlanych gitarowych partii w drugiej części „Without Judgement. Jakże piękne i nastrojowe intro wprowadza słuchacza w ciężki ale i melodyjny „Empty Words” w którym Chuck pokazuje swój niezwykły kunszt gitarowy „malując” niesamowite dźwiękowe obrazy. Partie Chucka są jeszcze bardziej rozbudowane i wyrafinowane niż na wcześniejszych albumach sygnowanych nazwą DEATH, a w takim np. „Perennial Quest” ocierają się o najprawdziwszą wirtuozerię. Czapki z głów! Oczywiście obok tych nieoczywistych fragmentów stanowiących największe novum na albumie czołowego przedstawiciela „śmiertelnego metalu” całkiem sporo miejsca zajmuje typowo Heath metalowe biczowanie dźwiękiem. Może nie tak szybkie, jak to bywało wcześniej, ale muzycy DEATH nie zapomnieli jak należy przyłożyć, czy zagrać brutalny, wgniatający w ziemię riff! Kanonada dźwięków z „Symbolic”, „Empty Words” czy też „Zero Tolerance” nie pozostawiają złudzeń – tak grał tylko DEATH! Ale nie brak na „SYMBOLIC” zdecydowanie klasycznych, heavy metalowych fragmentów. Jedynie „szczekający” wokal Schuldinera pozostał niezmiennym elementem tej wyjątkowej układanki, ale to przecież on od samego początku działalności grupy stanowił jej znak rozpoznawczy. Każdy utwór jest inny i żyje swoim życiem. Chociaż te muzyczne formy są dosyć rozbudowane, to jednak bardzo konkretne i zwarte. Takiego albumu nie mogliby nagrać debiutanci! Do stworzenia takiego monumentu trzeba dojrzeć! Bo jest na tej płycie zawarta jakaś zaduma, mądrość czy nawet mądrość duchowa, która dojrzewać musiała latami w umyśle i wrażliwości Chucka. Te wszystkie detale stanowią o unikatowości tego materiału, bo to album jedyny w swoim rodzaju!  Do tego to fantastyczne żywe brzmienie! Takich płyt we współczesnym świecie już się nie nagrywa! Niestety! To bardzo urozmaicona muzyczna podróż, a każdy kto pozwoli się jej porwać, nie będzie chciał już z niej wracać!

Wielowymiarowość prezentowanej przez grupę DEATH muzyki nie sprowadza się li tylko i wyłącznie do samej warstwy dźwiękowej, gdyż obcowanie z produkcjami tego bandu daje nam w pakiecie jeszcze coś, czego próżno szukać na znakomitej większości wiernych gatunkowej stylistyce zespołów – znakomite, wykraczające daleko ponad death metalowe standardy teksty. We wczesnych latach młodzieńczego buntu nazwa grupy oznaczała po prostu „śmierć”, ale wraz z upływem czasu zyskiwała na głębi i wielowymiarowości – tak, jak muzyka grupy. Chuck Schuldiner dosyć szybko zorientował się, że wybierając taką nazwę dla swojej grupy w oczywisty sposób wyznacza sobie granice w hermetycznym gatunku muzycznym oraz zawęża w istotny sposób docelową grupę odbiorców proponowanych przez siebie dźwięków. Robił więc wszystko, by nie utknąć na zawsze w skansenie o nazwie death metal (modyfikacja logo grupy), a że był twórcą niezwykle ambitnym, odciskał niezwykłe piętno z każdym kolejnym krokiem w swojej karierze. DEATH zmienił na zawsze oblicze death metalu, a właściwie zmieniał je kilkakrotnie, każdą kolejną płytą redefiniując gatunek i wytyczając nowe granice gatunku, który, jak sam udowodnił – nie ma granic! Nie inaczej jest i na tym wspaniałym albumie! Wraz z jego wydaniem została wyważona nowa furtka dla wymierającego (zjadającego własny ogon) gatunku!

Na „SYMBOLIC” otrzymujemy zatem porcję ukierunkowanych bardzo psychologicznie tekstów, które dotyczyły zarówno międzyludzkich relacji, jak i problemów z jakimi przychodzi się nam mierzyć w tym świecie. Np. w utworze tytułowym podjęty został temat dorastania i zmian jakie temu procesowi towarzyszą, o ideałach w jakie się wierzyło: „Zamykam oczy/I pogrążam się w sobie/Odżywa dar kruchych wspomnień/W potrzebie utrwalania niewinności”.

W „Zero Tolerance” dotyka polityki amerykańskich mediów wobec muzyków i zespołów rockowych. „Empty Words”, o obietnicach (zwłaszcza polityków) rzucanych na lewo i prawo, z których nie potrafią potem się wywiązać. Groźba utraty prywatności i intymności na skutek powszechnego stosowania kamer i monitoringu nie zawsze używanych w celu ochrony przed przestępcami, to temat rozwinięty w utworze „1.000 Eyes”: „Prywatność i intymność jaką znamy/Będą wspomnieniem/Które wielu trzeba będzie przekazać/Tym, którzy jej nigdy nie znali”.

Poszukiwanie sensu życia  czy podążanie za marzeniami, to temat „Perennial Quest”. Niezwykle ważny temat osądzania przez media i braku możliwości obrony przed ich wyrokami: przynosi utwór „Without Judgement”: „Winny, dopóki nie udowodnisz swojej niewinności/Skazujemy Twoją duszę i przeznaczenie/Nie zawracaj sobie głowy szansami/Zbyt zajęty aby logicznie myśleć i kalkulować”. Przywołana tu została już w pierwszym wersie parafraza jednego z podstawowych praw człowieka: dopóki nie udowodni się człowiekowi popełnienia czynu zabronionego – jest niewinny! Zupełnie inaczej wygląda to jednak w życiu codziennym. Ofiara jest winna dopóki nie udowodni swojej niewinności! To przecież absurd, ale skąd my to znamy…?

Wracam w tym momencie do wcześniej podjętego, a nie zakończonego wątku dotyczącego wyboru  spośród wielu wspaniałych wydawnictw grupy właśnie albumu „SYMBOLIC”, jako tej propozycji „naj” z całego dorobku DEATH … „SYMBOLIC” to album skończony, doskonały w każdym calu! Arcydzieło w dziedzinie wykuwania dźwięków z metalowej surówki, ale nie tylko: Arcydzieło muzyki jako takiej, szeroko rozumianej! Jeśli nie mieliście styczności z tym gatunkiem muzycznym, a chcielibyście posiadać w swojej płytotece jedną chociaż płytę, która stanowi kwintesencję tego gatunku i zarazem jest jej najwspanialszym reprezentantem, to niech to będzie „SYMBOLIC” właśnie! 13 grudnia to data z zapamiętaniem której nie powinien mieć problemu żaden Polak, wszak to dzień wprowadzenia stanu wojennego w naszym kraju. Tym łatwiej powinno nam przyjść celebrowanie tej daty w odniesieniu do tragicznego wydarzenia, które nastąpiło równo 20 lat później – śmierci  Wielkiej Osobowości muzycznego świata. Ja pamiętam i w tym dniu zapalę SYMBOLICzną świeczkę, niech stanowi dowód  nieśmiertelności Tego Nietuzinkowego Artysty w sercach pamiętających o jego nadzwyczajnych dokonaniach.

 

1 thought on “Recenzja #13 DEATH “Symbolic”

  • Najlepszy album najwybitniejszego zespołu metalowego na tym łez padole. Let the metal flow! Schuldiner na zawsze w mym sercu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *