Recenzja #15 Acid Drinkers “Strip-tease”

ACID  DRINKERS „Strip-tease” (1992 Metal Mind Productions)

91nspzzp2ql-_sl1425_

Nie należę co prawda do osób, które w jakiś spektakularny sposób starają się podkreślić czy zaakcentować przejście ze starego w Nowy Rok, bo i nad czym się tutaj rozwodzić? Dla mnie to niemal dzień jak co dzień, z tą tylko różnicą, iż nieco inaczej (a jednak!) przeze mnie postrzegany! Bo i jakże nie czekać z niecierpliwością na jego nastanie, skoro już na kilka/ kilkanaście dni przed zakończeniem poprzedniego 2016 media – działając zapewne w dobrej wierze, bo w to chyba nikt nie wątpi – bombardują nas informacjami o rychłej i bądźmy pewni, że nie jedynej w najbliższym czasie podwyżce paliwa i energii elektrycznej? O wzroście cen w innych sektorach gospodarki już nie informują, bo i po co – resztę już może sobie dopowiedzieć sam zarówno przeciętny jak i nieprzeciętny Kowalski! Dodatkowo, jak  w moim przypadku,  rokrocznie o tej samej porze niezawodna i zarazem niereformowalna w żadnej mierze sp – nia mieszkaniowa śpieszy, niczym te przysłowiowe pastuszki do betlejemskiego żłóbka, z dostarczeniem na czas (tzn. za wszelką cenę jeszcze przed końcem roku, bo przecież lokatorów nie można zawieść) informacji o zmianie opłat, które wchodzą w życie z dniem… Dosyć tego! Jak w takich momentach zareagować ma przeciętny Kowalski (znaczy ja), którego jedynym panaceum na wszelkie dolegliwości i bolączki związane z codzienną egzystencją  jest muzyka? To w gruncie rzeczy bardzo proste. Wystarczy wybrać odpowiedni, wielokrotnie wcześniej sprawdzony i niezawodny w takich sytuacjach utwór /album i… dać się porwać muzyce! Moje myśli pobiegły w stronę nieśmiertelnego montypythonowskiego standardu „Always Look On The Bright Side of Life”, a jako że posiadam go tylko pod postacią rewelacyjnej przeróbki naszego rodzimego ACID DRINKERS… ruszyłem lawinę! Lawinę muzycznych doskonałości w jakie obfituje album „STRIP – TEASE”, tegoż poznańskiego bandu.

Wspomniany rewelacyjny „Always…”, który w rockowej wersji nabrał dodatkowych rumieńców to nie jedyna zamieszczona na tym albumie cudza kompozycja. Nasi jajcarze zaproponowali tutaj także sztandarowy utwór METALLIKI „Seek And Destroy” w zdumiewającej i niecodziennej wersji, bo w stylu…flamenco! Już sam pomysł takiego potraktowania metalowego klasyka wydawał się niesłychanie kontrowersyjny, a jeśli dodać do tego gościnny udział śpiewającej w nim zupełnie jak Janis Joplin Edyty Bartosiewicz, efekt mógł albo porażać albo przerażać! Moim zdaniem, to jeden z najbardziej magicznych momentów tego niesłychanie energetycznego wydawnictwa! Podobno Edyta Bartosiewicz do zarejestrowania w studiu swojej partii wokalnej potrzebowała zaledwie dwudziestu minut! Żeby było jeszcze ciekawiej odbyło się to na zasadzie totalnej improwizacji, gdyż artystka nie znała jeszcze wówczas oryginalnego wykonania tego utworu! Sama tłumaczyła później, że po prostu… poleciała za Titusem! To dowód na to, ze rzeczy wielkie niekoniecznie rodzą się w bólach! To wręcz nieprawdopodobne, że ten cover tak daleki od pierwowzoru, zachowuje jednak wszelkie znamiona oryginału – nie musimy zastanawiać się z przeróbką jakiego utworu mamy do czynienia. Ilekroć słucham „Seek And Destroy” w wersji ACID DRINKERS wyobraźnia podsuwa mi widok panów z METALLIKI, którym po wysłuchaniu tej wersji swojego utworu, z wrażenia opadają szczęki! Myślę,  że niesamowita inwencja naszych chłopaków mogłaby tego dokonać!

Można by pomyśleć, że skoro zespół podpiera się na swoim studyjnym albumie aż dwoma  numerami cudzego autorstwa, to jest to wynikiem pewnej desperacji powodowanej brakiem twórczej weny – nic bardziej mylnego! Mimo, iż jest to już trzeci album Poznaniaków, na dodatek każdy z nich dzieli tylko roczna przerwa, materiał stanowi istną mieszankę wybuchową i wprost eksploduje kreatywnością mimo iż ACIDZI – i to trzeba sobie uczciwie powiedzieć –  pozostają wciąż wierni swojej swobodnie thrashowej konwencji, pełnej swoiście pojmowanego humoru i niespodzianek, których tu bez liku! Uważny i obyty z klasyką i to nie tylko tej metalowo – rockowej proweniencji słuchacz wyłowi w kilku (już autorskich kompozycjach) sporą ilość cytatów stanowiących swego rodzaju hołd złożony przez zespół wielkim świata muzyki. Dla przykładu: „Rats/Feeling Nasty” rozpoczyna kilkusekundowy motyw przewodni slayerowego „South Of Heaven”, zaś w połowie tego numeru serwują nam jeszcze równie króciuteńki fragment z „Jeziora Łabędziego” P. Czajkowskiego! Widocznie muzycy doszli do słusznego skądinąd wniosku, że klasyka z Klasyką się nie pogryzie – i mieli rację! W tym samym utworze gitarzyści raczą nas podwójnym solem gitarowym, tyle tylko że granym w jednym czasie! W lewym kanale słyszymy jedną zaś w prawym drugą. Ależ odlot! A takich „chwytów marketingowych” jest znacznie więcej. Na kolejną taką zagrywkę z dwoma solówkami granymi w osobnych kanałach czekamy niedługo, bo do kolejnego w kolejności na płycie, i – co tu dużo mówić – mega genialnego „Poplin Twist”! To już ostre, bezkompromisowe młócenie, i do listy tego rodzaju „grzańców” dopisać jeszcze należy „Mentally Deficient”, „Strip – Tease”, „Ronnie & The Brother Spider” oraz „Bllod Is Boiling”, w którym to natrafiamy na kolejny cytacik z jakże nieodległej przecież w czasie klasyki, a mianowicie sprytnie wpleciony fragmencik „Sweet Child O’Mine” z repertuaru GUNS N’ ROSES. Zaskakującym, chociaż bardzo ciekawym i stanowiącym przyjemną odskocznię od acidowej wokalnej dominacji Titusa było „udzielenie głosu” gitarzyście Popcornowi, który zaśpiewał w całości w kawałku „My Caddish Promise”, a także na przemian z Titusem , co druga linijkę tekstu w „King Kong Bless You”.

Podobno sesja nagraniowa tej płyty, która trwała równiuteńki miesiąc (14.06 – 13.07 1992) i  była jedną z najbardziej zwariowanych w całej historii polskiej muzyki rozrywkowej i jeszcze przez długi czas po jej zakończeniu krążyły przez długi czas legendy, zwłaszcza wśród właścicieli pobliskich sklepów spożywczych, w których muzycy zaopatrywali się w materiały pierwszej potrzeby, a że potrzeby były ogromne… W ciągu miesiąca swojego pobytu w izabelińskim studiu Drinkersi jeśli nawet nie uratowali kilku sklepów od plajty, to na pewno wydatnie przyczynili się do poprawy ich kondycji finansowej. Na czas trwania sesji zespół został zakwaterowany w znajdującym się w bliskiej odległości od Studia Izabelin domu menadżerki, Katarzyny Kanclerz; ona także doświadczyła na własnej skórze „przyjemności” wynikającej z dzielenia czterech kątów z tą zwariowana załogą! Bywało i śmieszno i straszno ale najczęściej nieprzewidywalnie.

W pierwszej połowie lat 90 – tych ubiegłego stulecia trendy w muzyce metalowej wyznaczały zespoły zza Wielkiej Wody i to nie podlegało żadnej dyskusji. Do najznakomitszych, najbardziej nowatorskich i cenionych nie tylko przez fanów muzyki metalowej ale także muzyków innych formacji bez wątpienia zaliczyć można  PANTERĘ. Swych fascynacji tym zespołem nie kryli także członkowie ACID DRINKERS – i to słychać na tym albumie! Poznaniacy tak bardzo chcieli zbliżyć się w kwestii brzmienia do ideału bijącego z panterowego „Vulgar Display Of Power”, że… niemal udała im się ta sztuka. Niemal, gdyż pomimo osiągnięcia świetnej dynamiki nagrań i niesamowicie sterylnego brzmienia zabrakło tego specyficznego groove, no i jeszcze to nieco irytujące, suche brzmienie stopy Ślimakowego zestawu perkusyjnego… Ale ma to i swoje zalety, naprawdę! Mimo wszystko zżera mnie ciekawość, jak brzmiałby ten materiał gdyby zarejestrowano go w gdyńskim Modern Sound Studio pod czujnym okiem realizatorskiego duetu: Adam Toczko i Tomek Bonarowski? Ale to tylko taka mała dygresyjka zgryźliwego upierdliwca, bo abstrahując od powyższego – płyta wciąga niesamowicie! Właściwie z takim materiałem, nasza załoga powinna bez najmniejszego problemu święcić tryumfy także na tym największym i najbardziej wymagającym, amerykańskim rynku fonograficznym! A skoro Ameryka nie dała im szansy, oni nie pozostali temu mocarstwu dłużni odzierając ze złudzeń to pławiące się w luksusie i zakłamane społeczeństwo. Oto bowiem przy użyciu kilku śmigłowców i takiej samej ilości lin ACIDZI ukazują „prawdziwą naturę” symbolu wolności Stanów Zjednoczonych! Statua Wolności, to nie ona – to on! Od wielkości do śmieszności jeden krok – jak mawiał klasyk! Chłopaki dowiedli tym samym, jak łatwo świeckie symbole mogą stać się karykaturami twórczej prokreacji. A o tym, że ten „Statuł” Wolności to swój chłop, świadczy trzymana w jego lewej dłoni debiutancka płyta ACID DRINKERS – „Are You A Rebel?”, w prawej zaś duża porcja lodów w rożku. Na cokole widnieją hasła dobrze znane wszystkim sympatykom grupy: „J. Pies”, „ Acid”; jest także uciekający przed rekinami Acidzik w czapeczce oraz wykorzystana już na obrazku zdobiącym ich debiutancki album identycznie zgnieciona puszka po Coca – Coli. Kawał drogi musiała przebyć, żeby się tam znaleźć. Kolejna świetna okładka kolejnej świetnej płyty!  Powiadam Wam, Drodzy Czytelnicy: Szczęśliwy jest naród, który posiada takich wykonawców, jak ACID DRINKERS! Nie można ich nie znać, nie sposób nie lubić!

1 thought on “Recenzja #15 Acid Drinkers “Strip-tease”

  • Odnośnie ciekawego wstępu nasuwa mi się jedno postawione już kiedyś pytanie: jak żyć?, jak żyć?
    Niestety sami jesteśmy nie bez winy, to my dokonaliśmy jedynego “słusznego” wyboru:)
    Myślę,że przy akompaniamencie tej płyty pokonamy wszelkie trudności.
    Dzięki za przypomnienie, polecenie i recenzję tego wydawnictwa!
    Wszystkiego dobrego dla szacownego redaktora tej zakładki i całej rodzinki w NOWYM ROKU!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *