Recenzja #16 FATES WARNING “FWX”

FATES WARNING „FWX” (2004 METAL BLADE)

Do tej konfrontacji musiało w końcu dojść. To nieprawdopodobne ale wkrótce stuknie ćwierć wieku mojej znajomości i zarazem fascynacji tym zespołem. Nie ulega wątpliwości, iż tyle lat wierności i lojalności musiało zostawić trwały ślad w mojej psychice, zatem nie spodziewajcie się Drodzy Czytelnicy ani krztyny obiektywizmu – w odniesieniu do tej grupy nie jestem w stanie wznieść się ponad tę ludzką ułomność! Nic na to nie poradzę, że darzę ten band niemal nabożną czcią i szacunkiem. W tym jednym, jedynym przypadku zaryzykuję odrobinę prywaty (jeśli oczywiście cenzor na to zezwoli), ale jeśli po tej „lekturze” choćby jedna owieczka odkryła dla siebie tę grupę (a są w ogóle jeszcze tacy, którzy jej nie znają?), tudzież dołączy do grona swoich ulubionych – było warto!  Spośród kilkunastu doskonałych produkcji tego zespołu na pierwszy ogień w naszej rubryce idzie „FWX”! Dlaczego akurat ten album? Na pewno nie dlatego, iż jest najlepszy, najdoskonalszy i w ogóle  naj… w całej dyskografii zespołu, bo –  wybaczcie –  ale takiego jedynego nie potrafię wskazać! Posłużyłem się zatem pewnym kluczem dzięki któremu wybrałem właśnie ten album do opisania w naszym cyklu. Otóż … FATES WARNING wydało do tej pory 12 studyjnych albumów i wedle mojej (subiektywnej!) opinii 10 spośród tej liczby powinna stanowić lekturę obowiązkową każdego szanującego się fana muzyki rockowej! Skoro zaś padła liczba 10, niech więc będzie ten dziesiąty oznaczony symbolicznie „X”. Zanim posłużyłem się tym kluczem, brałem oczywiście pod uwagę inne tytuły ,m.in. :”Paralleles”, ”Inside Out” czy „A Pleasant shade of Gray”, jednak skonstatowałem w porę iż wszystkie one pochodzą z lat 90 – tych ub. wieku, a tak się złożyło (to w żadnym razie nie było zamierzonym działaniem), iż wszystkie z dotychczas zamieszczonych w „Muzycznych Pomnikach” recenzji pochodzi właśnie z tamtej dekady. Nie chcąc zatem wyjść na jakiegoś ortodoksa jarającego się jedynie tamtym – skądinąd rewelacyjnym dla muzyki rockowej – okresem, poszedłem wspomnianym wyżej tropem.

Fates Warning jest legendą progresywnego metalu! Ta grupa jako jedna z pierwszych (obok QUEENSRYCHE z ich “Operation:Mindcrime”), wraz z wydaniem w roku 1988 albumu „No Exit” dała podwaliny całemu nowemu nurtowi muzycznemu. Właściwie każdy z jej albumów zaskakuje różnorodnością i praktycznie żaden z nich nie jest podobny do poprzednika. Ta zdumiewająca różnorodność tworzonego materiału nie powoduje jednak żadnego twórczego dysonansu. Być może  takiego stanu rzeczy należy upatrywać w fakcie, iż za cały repertuar grupy (zarówno muzykę jak i w zdecydowanej większości teksty) odpowiedzialny jest jeden człowiek – Jim Matheos? Podobno nie ma na świecie ludzi nieomylnych, ale najwyraźniej – przynajmniej na gruncie muzycznym – takie jednostki się zdarzają, chociażby po to, by zadać kłam takim właśnie twierdzeniom i właśnie do takich „nieomylnych jednostek” należałoby zaliczyć Jima Matheosa; niemniej jednak jego twórcze wysiłki nie przyniosłyby tak doskonałych efektów końcowych, gdyby nie znakomite grono świetnie rozumiejących się wzajemnie, jak i doskonale odczytujących intencje głównego kompozytora pozostałych muzyków grupy FATES WARNING.

Oględziny zewnętrzne każdego wydawnictwa, to pierwsza czynność jaka powinna towarzyszyć całemu ceremoniałowi odsłuchiwania muzyki. A w tym przypadku naprawdę już przed włożeniem nośnika na talerz jest na czym oko zawiesić! Można z niej w prostej paraleli wysnuć wniosek, jak ważnym wówczas, w tamtym czasie był dla zespołu ten album. Okładka niezwykle sugestywna i symboliczna. Oto bowiem na pierwszym planie widzimy starsze małżeństwo wpatrzone w dal i (o dziwo!) ze spokojem wyczekujące na widoczne na horyzoncie i przybierające na sile tornado. Po ich lewej stronie widnieje wykonany w zbożu piktogram w formie „X” – symbolu którym oznaczono dziesiąty album zespołu (wewnątrz książeczki odnajdziemy ten sam znak w wielu innych miejscach i konfiguracjach …). Dla mnie taki piktogram to normalka, wszak już dużo wcześniej dotarło do mojej świadomości, że FATES WARNING to zespół „nie z tej planety”, zatem ingerencja obcych w ich poczynania wydaje mi się jak najbardziej realna i uzasadniona – widocznie postanowili przysłużyć się swoim! Jeśli wyobrazimy sobie, iż wspomniana wyżej para małżonków symbolizuje zespół (a właściwie swoisty układ  partnerski decydujący nie tylko o istnieniu grupy ale i o kierunku jej dalszych poszukiwań w osobach dwóch jej filarów: Jima Matheosa i Raya Aldera), to ten stoicki spokój  z jakim oczekują na nadciągający kataklizm wydaje się ze wszech miar uzasadniony. Bo czyż z takim artystycznym dorobkiem, z takim muzycznym materiałem jaki wówczas na opisywanym wydawnictwie grupa prezentowała i ze wsparciem obcych cywilizacji zespół nie miał prawa patrzeć bez lęku i z optymizmem w przyszłość? Tej nazwy nie zetrze z powierzchni ziemi żadna siła, żadne tornado! Czas pokazuje, że w istocie tak jest, gdyż FATES WARNING trwa w najlepsze i wciąż nagrywa fantastyczne albumy (vide: już ubiegłoroczny „Theories Of Flight”).

Pierwsze dochodzące do nas z płyty dźwięki zostały jakby żywcem przeniesione z okładkowej ilustracji. Subtelne dźwięki gitary akustycznej na tle odgłosów świerszczy i innych cykad…  Zmiana klimatu, choć nie raptowna następuje z chwilą gdy ten sielski nastrój przerywa szum przelatującego odrzutowca, a nieco później wprowadzającego mroczny nastrój niepokojącego, odrealnionego syntezatorowego pulsu. To właśnie dzięki umiejętnemu wykorzystaniu elektroniki, jaki grupa zaczęła stosować na albumie „A Pleasant Shade Of Gray” jest niekwestionowanym mistrzem w tworzeniu i potęgowaniu niepokojącego i mrocznego klimatu na swoich wydawnictwach. A w takim właśnie klimatycznym graniu głos Raya Aldera sprawdza się wybornie, jest wprost stworzony do takiego posępno – melancholijnego podkładu. Trudno sobie jednak wyobrazić Raya w skocznych, wesołych numerach, bo też i takiego FATES WARNING nie tworzy. Warstwa liryczna to kolejna działka zasługująca na to, by spojrzeć na nią w szerszym ujęciu; niestety ramy objętościowe naszych rozważań nie pozwalają na to, by rozwinąć ten temat szerzej, a drzemie w nich nie mniejsze piękno aniżeli w samej muzyce! Naprawdę warto sięgnąć po te liryki i zapoznać się z ich treścią! Bo chociaż materiał muzyczny zawarty na tym albumie można określić jako prawdziwie progresywno – metalowy, to teksty dalekie są od królującej w metalowej konwencji sztampy! Muzycznie obok oczywiście nieco agresywniejszych numerów w rodzaju „Simple Human”, ”Stranger (With A Familiar Face”) czy „Crawl” mamy także utwory zupełnie inne w klimacie – bardziej stonowane, melancholijne i zaraźliwie hipnotyzujące, takie jak: „River Wide Ocean Deep”, „A Handful Of Doubt” czy „Wish”. Dominujący w tych utworach posępny, nieco ponury nastrój znajduje odbicie w tematyce utworów. Przywołanie postaci matki w „River Wide Ocean Deep” przenosi podmiot liryczny w czasy dzieciństwa:

“Ona ze swoimi kochającymi oczyma

Ona ze swymi otwartymi ramionami

Schronienie w nocy

Podczas gdy my spokojnie błądziliśmy w snach

Kojącym głosem śpiewała (kołysankę)

Szeroka rzeka, głęboki ocean”

Rozterki rodzące się wraz z zapisywaniem kolejnych kart naszego życia, pytania o słuszność podjętych na przestrzeni lat decyzji, to temat przewodni „A Handful Of Doubt”:

“Dwadzieścia lat

I nadal garść wątpliwości

Świeca szybko się dopala

I czas szybko dobiega końca” 

Dziesiąty studyjny materiał aż kipi od ilości (nadmiaru?) zdumiewających pomysłów i niestosowanych wcześniej przez zespół rozwiązań aranżacyjnych. To bardzo dojrzały, ambitny i niezwykle wyrafinowany muzyczny produkt najwyższej próby… ale  zarazem – i to należy powiedzieć otwarcie – bardzo wymagający! Wymagający od słuchacza tego, o co w dzisiejszym zabieganym świecie tak trudno, a mianowicie poświęcenia mu nieco swojego cennego czasu i nieco cierpliwości – tego zaś zwłaszcza od mniej obeznanych słuchaczy. Ten album nie jest z gatunku tych, które już po pierwszym z nim kontakcie kochamy albo nienawidzimy. Będzie odkrywać przed nami swoje piękno stopniowo i powoli oplatając nas swoimi mackami, aż ulegniemy! A jeśli już ulegniecie, czego wszystkim uzależnionym od muzyki z całego serca życzę i dojdziecie do przekonania, iż „FWX” nie ma już przed wami żadnych tajemnic … proponuję założenie dobrej jakości słuchawek!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *