Recenzja #19 Riverside “Second life syndrome”

Riverside „Second life syndrome” 2005 Mystic Production/Inside Out Music

Nie będę ukrywał, że wolałbym ten „muzyczny pomnik” wznosić z innej perspektywy i  w innych okolicznościach przyrody ale niestety to życie niemal rok temu napisało najgorszy z możliwych dla każdego (a już dla młodego, niesamowicie utalentowanego i podziwianego przez coraz szerszy krąg odbiorców swojej twórczości muzyka zwłaszcza) scenariusz. Mam szczególny, bo podwójny powód, aby wykreślić dzień  21 lutego  ze swojego kalendarza; dokładnie rok wcześniej tego samego dnia przeżywałem śmierć swojej teściowej… To mała osobista dygresja, która nie będzie, a przynajmniej nie powinna mieć wpływu  na to, co znajdzie się w dalszej części mojego „wywodu”.

Z nazwą RIVERSIDE zetknąłem się jeszcze przed pojawieniem się na fonograficznym rynku ich debiutanckiego albumu. Do naszego „pierwszego zbliżenia” doszło w bardzo bezpieczny, bo typowy dla odbioru muzyki sposób – za pośrednictwem fal radiowych! Tak, to właśnie w Minimax trójkowej audycji Piotra Kaczkowskiego, niestrudzonego wyławiacza muzycznych perełek, nie tylko z krajowego podwórka, po raz pierwszy zetknąłem się z muzyką Warszawiaków – i to wystarczyło by ulec magii ich muzyki! Niewolnikiem grupy (całkowicie świadomie i dobrowolnie!) stałem się po wysłuchaniu debiutanckiego „Out Of Myself”. Stosując retorykę obecnego obozu władzy, mógłbym z cichą satysfakcją uchodzić za  przedstawiciela/fana „lepszego sortu”, bowiem już na tak wczesnym etapie działalności zespołu potrafiłem dostrzec w grupie to, czego niektórzy chcący bardzo uchodzić za opiniotwórczych recenzenci dostrzec jeszcze wtedy nie mogli, albo nie chcieli (prawda panie red. Kirmuć?). Wraz z wydaniem „Second Life Syndrome” to uzależnienie jeszcze się pogłębiło! Nie jestem w stanie spośród kilku doskonałych produkcji zespołu wskazać tej naj, tak jak nie jestem w stanie wytypować tej jednej na której wyjątkowo błyszczy talent Piotrka Grudzińskiego, bo to niemożliwe! Tak jak nie jestem w stanie wytypować najwspanialszej JEGO solówki – to zadanie niewykonalne dla kogoś, kto przejawia dla tej grupy tak emocjonalny stosunek! Na potrzeby naszego cyklu należało jednak dokonać wyboru którejś z płyt grupy. Dlaczego stanęło na „Second Life Syndrome”? Ano choćby dlatego, iż ukazała się i towarzyszyła mi w mało ciekawym okresie mojego życia, ale także dlatego, że jej tytuł stanowi oczywistą paralelę do wspominanej właśnie rocznicy śmierci Piotra Grudzińskiego – Artysty Wielkiego Formatu! Ten „muzyczny pomnik”, to nasz (mój i Naczelnego) hołd oddany temu wybitnemu muzykowi.

Jeszcze przed przystąpieniem do pracy nad „dwójką” muzycy zapowiadali, że jej muzyczna zawartość różnić się będzie znacznie, choć nie diametralnie od debiutu – miało być bardziej dynamicznie i ostro, bardziej metalowo i… słowa dotrzymali! Ale spokojnie, bez obaw – nie na tyle drastyczne były to zmiany, by mogły zniechęcić do zapoznania się z nowym materiałem tych zniewolonych debiutanckim krążkiem; co to, to nie! Materiał dzięki tej „wartości dodanej” zyskuje dodatkowo na różnorodności, a co za tym idzie na atrakcyjności! Wspomniany ciężar i dynamika pojawiają się tam, gdzie powinny i dozowane w takiej dawce, jaka w danym momencie jest niezbędna do osiągnięcia założonego efektu. Trzeba przyznać uczciwie, że „SLS to nie tylko album bardziej od debiutu zróżnicowany ale i trudniejszy w odbiorze. Niesłychane wrażenie może już wywoływać imponująca aranżacyjna finezja, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę , że to dopiero druga płyta zespołu. Ale czemu tu się dziwić skoro już na debiucie grupa zaserwowała nam tak fantastyczną żonglerkę klimatami i emocjami? Nawiązanie w tym miejscu do debiutu jest jak najbardziej na miejscu, gdyż „SLS” stanowi jej logiczną kontynuację i zarazem drugą część tryptyku. Główny bohater tej opowieści, w pierwszej jej odsłonie zmagał się z poważnymi osobistymi problemami. Na „Second …” podejmuje próbę przewartościowania swojego dotychczasowego życia. Chce za wszelką cenę stanąć ba nogi,  wybudzić się z letargu w jakim tkwił, zapomnieć o dotychczasowych niepowodzeniach i rzucić wyzwanie losowi. W sferze muzycznej łącznikiem obu albumów jest zapoczątkowany na poprzedniku cykl instrumentalnych utworów pod wspólnym tytułem „Reality Dream” – tym razem z dopiskiem „III”. Czy muszę dodawać, że równie jak poprzedzające go dwie wcześniejsze części znakomity?  Ale „Reality Dream III” to dopiero utwór nr.7 na płycie, całość zaś rozpoczyna krótki, zbudowany na hipnotyczno – plemiennym rytmie i wprowadzający nastrój tajemniczości „After”. Stanowi dla słuchacza świetną zachętę do eksploracji dalszej części albumu i wywiązuje się z tej roli znakomicie. Dalej otrzymujemy pierwszy z zapowiadanych ostrzejszych ciosów, bardziej agresywny i pometalizowany ale też bardzo zróżnicowany rytmicznie i okraszony świetnym orientalnym motywem zagranym na Hammondzie prze Michała Łapaja. Do tej pory znaliśmy wokal Mariusza Dudy z tej lirycznej, subtelnej strony, w tym utworze pokazuje, że jeśli jest taka potrzeba i konieczność potrafi wyartykułować gniew i agresję w taki sposób, o jaki zapewne niewielu go podejrzewało. Podobny rodzaj dźwiękowo – wokalnej artykulacji otrzymujemy jeszcze w traktującym o obłudzie „Artificial Smile”, bodaj najostrzejszym numerze na całym albumie. „Conceiving You”, to już piękno zaklęte w krystalicznie czystej muzycznej formie. Pełna liryzmu i nostalgii cudownej urody kompozycja , którą powinni kojarzyć chyba wszyscy, gdyż jako wydana na singlu promującym ten album stała się dosyć dużym radiowym przebojem (słowo hit nie było by w przypadku tego utworu na miejscu) – oczywiście w stacjach radiowych o – nazwijmy je – mniejszym „komercyjnym szlifie”. Utwór tytułowy… kompozycja monumentalna, o wyjątkowym znaczeniu. Traktująca o przemijaniu, w warstwie muzycznej pełna zwrotów akcji, zmian tempa, nastroju czyli tego wszystkiego, co zawierać powinna prawdziwa progrockowo – metalowa muzyczna perła! Oprócz doskonałych i jak zwykle zapadających w pamięć partii gitarowych Piotrka Grudzińskiego uwagę zwracają świetne rytmiczne figury basowe Mariusza Dudy,…za długo by wszystko wymieniać! A przecież wraz z tym utworem nie kończy się wykaz wspaniałości! Jest jeszcze ozdobiony niesamowitymi nostalgicznymi melodiami „I turn You Down”, traktujący o trudnościach w kontaktach międzyludzkich, a w warstwie muzycznej niezwykle pokomplikowany, zdradzający fascynację członków grupy twórczością starszych kolegów z Dream Theater – „Dance With The Shadow”. No, i kończący całość, wypełniony emocjami i smutkiem „Before”…

Panowie z RIVERSIDE udowadniają wszystkim niedowiarkom, że w kraju uchodzącym jeszcze do niedawna za zaścianek światowej sceny progresywnej można z powodzeniem tworzyć wspaniałą muzykę na najwyższym światowym poziomie, której inni mogą nam pozazdrościć. Muzykę pełną polotu, ciekawych pomysłów, niepowtarzalnego klimatu, wykonaną na najwyższym, zarezerwowanym dla największych profesjonalistów poziomie technicznym. Grupa została doceniona zarówno przez zachodnich słuchaczy, jak i prasę branżową (tytuł albumu miesiąca w renomowanych zachodnich periodykach, to jednak nie jest codzienność dla polskich wykonawców). Zespół w imponująco krótkim czasie zyskał przychylność włodarzy wyśmienitej wytwórni InsideOut,… W takich warunkach można było spokojnie patrzeć w przyszłość i śnić swój „sen o potędze”. Dokonania RIVERSIDE najczęściej księgowano w szufladce z napisem „progresywny metal”, co – w mojej skromnej opinii – jest co najmniej daleko posuniętą niezręcznością. Jest nie tylko krzywdzące dla zespołu, ale i dezinformujące dla potencjalnych przyszłych nabywców jego twórczości; jest mało precyzyjne i stanowi jedynie mały wycinek możliwości twórczych grupy i jej muzycznych aspiracji. W krótkim czasie mogliśmy się o tym przekonać na własne uszy – dowodem kolejne albumy grupy! ”Second Life Syndrome” to wciąż – po z górą dziesięciu latach od momentu wydania – urzekająca muzyka zagrana z niesamowitym polotem i zaangażowaniem, której słucha się z prawdziwą i niekłamana przyjemnością. To rozkosz dla uszu każdego wrażliwego słuchacza! Czapki z głów, papcie z nóg, Mili Państwo!

Na zakończenie: Życzę pozostałym członkom załogi aby, mając tak potężne wsparcie samego Piotra z wysoka, odnaleźli czwartego muszkietera (ponieważ nie wierzę, że na dłuższą metę będziecie w stanie korzystać z usług muzyków sesyjnych, tudzież zaprzyjaźnionych z zespołem gitarzystów) i już z jego udziałem mogli przystąpić do tworzenia swojej nieprzeciętnej, nowej muzyki! Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wiele osób tego potrzebuje! Nie pozbawiajcie nas tego! Z ogromną niecierpliwością, podobnie jak wielka rzesza Waszych fanów, wyczekiwał będę najpierw wieści, a następnie premierowego materiału. Skoro zaś będzie to materiał muzyczny w nieco innej (nowej) konfiguracji personalnej i zapewne różniący się znacznie od dotychczasowych dokonań, wyobraźnia podsuwa mi już jego tytuł: „Other Side Of The RIVERSIDE”! Póki co, nie został jeszcze prawnie zastrzeżony więc możecie go Panowie Riverside’owie wykorzystać do swoich celów. Byłbym zaszczycony! Powodzenia na nowej drodze!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *