Recenzja #25 Evergrey “Recreation Day”

Evergrey „Recreation Day”; 2003 InsideOut Music

Do tej pory zespół EVERGREY odwiedził nasz kraj parokrotnie. Ostatni ich występ na deskach polskiej sceny miał miejsce 21 października 2016 roku w warszawskim klubie Progresja Music Zone i właściwie, gdyby nie jeden nieprzyjemny zgrzyt (bo sam występ był podobno świetny, choć dosyć krótki, zważywszy na status i dokonania zespołu), nie było by sensu tego tematu roztrząsać. Tego dnia zespół dzielił scenę z młodymi i znacznie bardziej mniej utytułowanymi zespołami: Kobra And The Lotus oraz Delain. Pomimo tego, to nie EVERGREY dostąpił zaszczytu wystąpienia przed naszą publicznością w charakterze gwiazdy wieczoru, dostąpiła go – zapewne nie tylko ku mojemu zdumieniu – grupa Delain! Szok, zaskoczenie, niedowierzanie…! To mogło wyglądać na niezły żart organizatorów koncertu lecz niestety takim nie było! Zadawałem sobie pytanie: Czyżby „dobra zmiana” dotarła i tutaj? Zaiste, koniec świata bliski być musi! Nie wiem kto zdecydował się na tak absurdalny ruch i nie mnie tego dociekać ale sytuacja jest doprawdy bulwersująca! Być może decydenci większe szanse na przyszłość (czyt.: na zbicie w przyszłości większych kokosów) upatrują w młodzieży z Delain, aniżeli w grupie o ugruntowanej i wysokiej dzisiaj na muzycznym rynku pozycji, jaką bez wątpienia jest EVERGREY? Dla mnie jest to żenujący przykład pozascenicznej, spekulacyjnej i cynicznej, brudnej gry promotorów i managementów. Kto ma większą siłę przebicia, pod dyktando tego przebiegać będzie impreza. Przywodzi mi to na myśl starą prawdę zawartą w wyświechtanym, ale jakże trafnym spostrzeżeniu/sformułowaniu, że: „Historię piszą zwycięzcy!” Ten przykład jasno dowodzi, iż muzyczny biznes rządzi  się dokładnie takimi samymi, bezwzględnymi regułami, jak każda inna sfera działalności człowieka. Takie mamy czasy, takie mamy realia i – co tu wiele mówić – lepiej już niestety nie będzie! Ale dosyć już tego, przejdźmy do dania głównego …

Album „Recreation Day”, czwarty z kolei w dyskografii grupy EVERGREY, stanowił w prostej linii kontynuację poprzednich dwóch krążków. Możemy zatem dosłuchać się tutaj ciężaru i klimatu „Solitude * Dominance * Tragedy” wymieszanego z polotem i swobodą „In Search Of Truth”. Mimo powyższego zestawienia jest to płyta nadzwyczajna, nie dająca się w żaden sposób opisać słowami, gdyż każda tego typu próba skazana będzie z góry na niepowodzenie: w tym przypadku słowa przegrywają w starciu z tym, co wylewa się na słuchacza z głośników! Co prawda wydawca przykleił zespołowi łatkę z wiele mówiącym hasłem „metal progresywny”, ale bardziej odnosiło się ono do odpowiedniego ukierunkowania docelowej grupy odbiorców tych dźwięków, patrząc  z czysto marketingowego punktu widzenia, aniżeli do samej zawartości muzycznej tego dzieła. Opatrzenie tak bogatej w dźwięki, nastroje i emocje ale także tak różnorodnej pod względem przynależności gatunkowej płyty mianem „metalu progresywnego”, jest nie tyle bardzo uproszczoną próbą jej zdefiniowania, co nieudolną próbą jej zdefiniowania! Bogactwo dźwiękowej faktury, rozwiązań rytmicznych, harmonicznych, kompozytorski kunszt,… najlepiej chyba udowadnia, jak chybiona była to próba zdefiniowania muzyki zawartej na albumie „Recreation Day”. Sami muzycy zwykli – nie bez przekory – określać swój styl mianem EVERGREY METALU. Każdy słuchacz z odpowiednim „muzycznym stażem”, doszuka się tutaj elementów charakterystycznych dla różnych gatunków. To tygiel wszystkiego, co sprawdzone, istotne i przykuwające uwagę w świecie muzyki współczesnej. Znajdzie się tutaj w zasadzie miejsce zarówno dla heavy metalu, metalu symfonicznego, hard rocka, rocka, popu, gotyku, soulu, itd. Zaś wszystkie te elementy dozowane w odpowiednich dawkach, składają się właśnie na styl EVERGREY METAL – jedyny i niepowtarzalny! Jeśli do tej wyliczanki  dodamy jeszcze genialny, mroczny głos lidera grupy Tomasa Englunda, który doskonale oddaje atmosferę tej muzyki, okaże się że otrzymamy miksturę wybuchową! Pierwsza detonacja tego ładunku czeka na słuchacza tuż po odpaleniu krążka, bowiem Henrik Danhage, znakomity gitarzysta prowadzący grupy serwuje nam tak szybkostrzelną rozbiegówkę, której nie powstydziłby się sam Yngwie Malmsteen! Mimo, iż album rozpatrywany całościowo jawi się jako cięższy, agresywniejszy i ostrzejszy od swoich poprzedników, to paradoksalnie jest także bardziej od nich melodyjny. Utwory zachowują niemalże tradycyjnie rockową strukturę, ale cechuje je jakaś niedefiniowalna płynność, naturalność, a wspomniana większa agresywność nie kłóci się z ich (w zdecydowanej większości) ultra melodyjnym charakterem. Żywy dowód na to, iż jedno drugiego nie musi wykluczać.

Dopieszczone jest tutaj wszystko, bowiem na „Recreation Day” wszystkie elementy składowe tego albumu, czyli: muzyka, teksty, okładka stanowią jedną, harmonijną, nierozerwalną całość. Znakomite teksty autorstwa lidera grupy są głęboko zakorzenione w religijno – egzystencjalnym podłożu. Stąd główne wątki uwypuklone w warstwie tekstowej nie należą do najoptymistyczniejszych, gdyż w znacznej mierze dotykają odwiecznego problemu śmierci. Można odnieść wrażenie, że są one zapisem zmagania się ich autora z bólem, frustracją, beznadzieją i traumą czyli stanami towarzyszącymi odejściu bliskiej osoby. Identyfikacja z takim przekazem powinna potencjalnemu słuchaczowi przyjść tym łatwiej, iż przecież wszyscy stykamy się, bądź zetkniemy się w swoim życiu z tym problemem. O tym, iż zespół nie ucieka przed poruszaniem tematów trudnych, mrocznych i kontrowersyjnych, a  w niektórych kręgach –  zwłaszcza katolickich – uchodzących za tematy tabu, przekonuje kompozycja „Unforgivable”. Jej tekst dotyczy bowiem pewnej patologii, choroby trawiącej instytucję Kościoła katolickiego – zjawiska tyleż skrzętnie skrywanego, co wstydliwego i obnażającego  słabość i ułomność dostojników kościelnych; mowa oczywiście o pedofilii! Autor nie może pogodzić się z sytuacją w której człowiek z własnej i nieprzymuszonej woli decydując się poświęcić swe życie  Bogu, podporządkować je  jakimś obietnicom pozaziemskim, znęca się nad bezbronnymi istotami. Człowiek, który pod przysięgą deklaruje się czynić innym bliźnim dobro, popełnia najobrzydliwsze zło – niewybaczalny grzech! Stąd właśnie tytuł: „Niewybaczalny”. Mocna rzecz! O tym jak znacząca, przekonuje umieszczenie jego fragmentu, jako swoistego motto – myśli przewodniej albumu. który pozwolę sobie  przytoczyć (tłum. własne):

Można go (tego chłopca) ocalić bez uciekania się do cudownego działania wody święconej. I bez wznoszenia modłów jesteś(cie) w stanie oczyścić się z pożądania. On wykorzystany, upodlony i zgwałcony przez wykorzystujących jego zaufanie. Przez te brudne praktyki została utracona niewinność boskiego istnienia.”

O tym jaki efekt przyniosła próba adaptacji cudzego utworu na potrzeby konceptu płyty, dodajmy: pierwsza próba w dotychczasowej karierze zespołu, możemy się przekonać na przykładzie kompozycji „I’m Sorry”. Pierwotnie wykonywany przez szwedzką piosenkarkę Dilbę Demirbag, nie zawojował światowych list przebojów, mimo iż już w jej wykonaniu brzmiał pięknie, reprezentował jednak nieco inny muzyczny świat; bardziej aniżeli z rockową estetyką kojarzony był ze światem dźwięków z rejonów „krainy łagodności”. Przeniesiony dzięki EVERGREY do zupełnie innej konwencji i nieznacznie – ale jednak –  przearanżowany, wypada…  zniewalająco!

Na koniec zostawiam sobie przyjemność omówienia swoistej wisienki na torcie, chociaż tej wisienki zasmakować będą mogli jedynie słuchacze, którzy zaopatrzą się w limitowaną edycję tego wydawnictwa, do czego szczerze zachęcam! Mowa o utworze „Trilogy Of The Damned”. To co prawda niezupełnie nowa kompozycja, bowiem w znacznym stopniu bazuje na motywach zaczerpniętych z dwóch utworów (konkretnie: „The Shocking Truth” oraz „Words Mean Nothing”), zamieszczonych przez grupę na wydanym w roku 1999 albumie   „Solitude * Dominance * Tragedy”, niemniej jednak przedstawiona tutaj została w zupełnie innym świetle: w znacznie zmienionej aranżacji, innym instrumentarium – o czym wspomnę w dalszej części tekstu, a zwłaszcza z rozbudowanym o kolejne zwrotki tekstem, jakże znakomitym tekstem należałoby dodać. W tej „ostatecznej wersji” dwa lata wcześniej (2001) trafiła – także w roli bonusu – na japońskie wydanie płyty „In Search Of Truth”. Z dostępnością takich wydawnictw, także i na naszym europejskim rynku, co prawda nie ma większego problemu, ale problemem dla przeciętnego fana grupy zdecydowanie może być już ich cena – niejednokrotnie zaporowa! Europejscy fani grupy, znający wartość tego utworu, wymogli na zespole, a ten na wydawcy, by zamieścić go, także w formie tzw. bonus track na kolejnym wydawnictwie – i tak się też stało! Dzięki temu zabiegowi możemy delektować się i obcować z nieziemskim pięknem. To zaledwie (albo aż!) 9 minut niewyobrażalnego piękna ukrytego w niezwykle ascetycznej, minimalistycznej otulinie; jako akompaniament wykorzystano tutaj właściwie sam fortepian, wzbogacony jedynie w środkowej części kompozycji przez genialną, niezwykle emocjonalną partię gitary solowej. Jeśli dodamy do tego niesamowity, jedyny w swoim rodzaju głos Englunda hipnotyzującego słuchacza nie tylko barwą ale i emocjami z jakimi  przekazuje nam kolejne wersy niezwykle poetyckiego i mrocznego w wymowie tekstu… mimowolnie stajemy się jego zakładnikami! Tego można słuchać godzinami, a i tak nie zdołamy się do woli nasycić tymi dźwiękami! Moc bije z tej kompozycji przeogromna! Słuchać, słuchać, …

K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *