Recenzja #32 Tale of Diffusion “Adventures of Mandorius (The Bird)”

Tale of Diffusion  ”Adventures of Mandorius (The Bird)”  Jazz Bass Cafe /2009/

Generalnie nie do końca jestem pewien, w jaki sposób podchodzić do tej płyty. No bo z jednej – tej od plusów dodatnich strony- należałoby się ogromnie cieszyć, że oto mamy na naszym rodzimym poletku muzycznym taki skarb, jak album ”Adventures of Mandorius (The Bird)” ale z drugiej, ciemnej strony mocy, mamy świadomość, iż projekt ToD zniknął ze sceny prawie tak szybko, jak się na niej pojawił… Nie da się ukryć, że w chwili obecnej ta strata wydaje się niepowetowana, a w dodatku generuje też niepotrzebny dysonans poznawczy. Mocno będę się starał, aby ten tekst miał wydźwięk pozytywny, choć wydaje mi się jednak, że motywem przewodnim w tej recenzji niestety będzie gorycz i żal, a głównym sponsorem zgrzytanie zębów…

Pisząc o ToD nie można nie wspomnieć o rzeczy tak oczywistej, jak potencjał i to odmieniany przez wszystkie przypadki, bo znakomite przygotowanie techniczne i kompozytorskie muzyków biorących udział w tym projekcie, niestety nie jest jeszcze normą, nawet dla tych, którym udało się oficjalnie wydać po kilka tytułów. Niestety wzmiankowany wielki potencjał, choć wykorzystany na wielu płaszczyznach stricte muzycznych, nie zdołał uchronić zespołu przed, dosyć powszechnym, syndromem debiutanckiej śmierci. Kwartet z miasta Łodzi pochodzi, a w jego skład wchodzą: Bartek Florczak (gitara), Radek Malinowski (perkusja), Michał Szmidt (gitara) i Tomek Pawlikowski (bas). Ekipa stworzyła album jakich niewiele na polskiej scenie i Tale of Diffusion trochę przypomina mi casus SBB, w takim sensie, że od razu ma się poczucie obcowania z produktem światowej klasy i jakości, a jednocześnie w tyle głowy mamy te natrętną myśl, iż jednak to cos niepowszechnego by zespół z Rzeczpospolitej grał na tym pułapie umiejętności, finezji i z tak porządną produkcją. Jeśli ktoś ma kompleksy na tym punkcie, to gwarantuję, że ToD może z nich skutecznie wyleczyć. Cieszy też fakt, że nie jest to jakaś kolejna kalka Riverside, a dość oryginalny autorski pomysł. Oryginalny chociażby z tego powodu, ze to płyta prawie w całości instrumentalna, a taki zabieg we współczesnym rocku progresywnym nie jest zbyt często spotykany, a zarazem to forma zdecydowanie trudniejsza do strawienia dla potencjalnego słuchacza.

OK, miejmy to za sobą, bo porównań do King Crimson i Pink Floyd raczej nie da się w żaden sposób uniknąć. No i w porządku, może to nie jest jakaś szczególna nobilitacja, ale w żadnym wypadku nie robiłbym zespołowi zarzutów z tego, iż czuć te inspiracje gołym uchem. Określenie ”polski King Crimson” odbierałbym raczej pejoratywnie i krzywdząco. Ja ze swej strony dorzuciłbym jeszcze Van Der Graaf Generator, Talk Talk, echa George’a Winston’a i… Michala Lorenca (to w warstwie klimatu z trąbką w tle). Tak czy owak, ”Mandorius” zdecydowanie należy do grona tych albumów, które nie poddają się łatwej klasyfikacji i wobec których trudno przejść obojętnie. Wydawnictwo wyjątkowo starannie wyprodukowane, zawierające dużą dawkę ciekawych aranżacji, solidne sola gitarowe, interesujące partie trąbki (gościnnie Szymon Żmudzinski), przemyślaną strukturę utworów, klimat, a ponad to intrygującą szatę graficzna (autorstwa Michala Szmidta). Przypominam, że cały czas mowa o debiutanckiej płycie. Niezbyt często na naszym rynku ląduje tak ze wszech miar dobry produkt i aż się łezka w oku kreci, że nie osiąga statusu na który zasługuje.

Ja oczywiście rozumiem, że to muzyka nie dla każdego i na pewno nie będzie grana z częstotliwością cztery razy na godzinę, w komercyjnych rozgłośniach radiowych, no i to jest twardy fakt nie do dyskusji. Ale zastanawia mnie inna rzecz, a konkretnie ta cisza wokół zespołu, tak jakby media branżowe (włączając w to radio i TV) wręcz udawały, że nie zauważyły tej płyty, jakby nagle w naszym kraju był potężny natłok genialnych grup, że o takim Tale Of Diffusion nie warto było w ogóle wspominać? Realia są takie, że nawet jeśli zespół jest obiektywnie dobry, to mimo ogromu pracy i poświeceń,  nie jest w stanie przeskoczyć pewnych rzeczy i bez wsparcia/promocji ze strony prasy, nie ma raczej szans na szersze zaistnienie. No chyba, że biegłość w opanowaniu instrumentu zastąpić jakimś efektownym szokowaniem gawiedzi np. sciąganiem majtek przez głowę czy innymi równie  wymyślnymi ekscesami. O tak, wtedy to można owinąć w ładny papierek, rozdmuchać i sprzedać… Niestety nic na to nie poradzę, że preferencje tłumu mocno rozmijają się z poczuciem estetyki, jaką reprezentują grupy pokroju ToD. Teraz chyba wychodzi na to, że mam pretensje do całego świata i obwiniam wszystkich dookoła o niepowodzenie łódzkiego kwartetu? Możliwe, więc najwyższa pora aby kończyć, bo wpadnę w jakieś zbyt mocno pesymistyczne tony, a chyba nie o to chodzi.

Ogólnie jedyny mankament, jaki udało mi się znaleźć w całej historii związanej z ToD, to fakt, iż wszystko wskazuje na definitywne zakończenie tej krótkiej przygody i to bez większych szans na jakakolwiek kontynuacje. Nie znam obecnych losów poszczególnych członków grupy, ale sądzę, że z takim talentem nie mają większych problemów ze znalezieniem angażu w środowisku profesjonalnych muzyków. I tylko szkoda, że szyld Tale Of Diffusion przeszedł do szczytnej ale  jednak historii. Szkoda, szkoda, wielka szkoda…

 

                                                                                                                                                                                                                          A.M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *