Recenzja #35 Believer “Dimensions”

Believer „Dimensions”; 1993 Roadrunner Records

Zaglądający często na stronę Boxkultury, a zwłaszcza Ci, którzy śledzą w miarę regularnie (sygnały docierające do mnie od Naczelnego świadczą o tym, iż są jeszcze tacy na polskiej ziemi, a może nawet i poza nią?) nowe wpisy w zakładce „Muzyczne Pomniki”, zauważyli zapewne, iż w ostatnim czasie monopol na pisanie recenzji przejął „zaborczy” kolega współredagujący tę rubrykę, a skrywający swą skromną osobę pod inicjałami: A.M. Nie da się ukryć, że facet robi – mam nadzieję, że nie tylko w mojej opinii – świetną robotę, a wszystkie opisane przez niego albumy świetnie wpisują się w niezwykle elastyczne ramy tego cyklu. O skali jego pisarskiego talentu oraz recenzenckich umiejętności najlepiej świadczy poziom i merytoryczna zawartość dokonanych jego (elektronicznym) „piórem” wpisów w naszej zakładce. Recenzje jego autorstwa dają dobre wyobrażenie o muzycznej elokwencji i nieszablonowym podejściu do obrabiania „tej działki kultury”. Robi to z taką swobodą i lekkością, że tylko pozazdrościć! A jako, że mnie ta przypadłość (zazdrość, znaczy się) jest obca, zdecydowanie bardziej wolę chylić przed nim czoła … i chylę! Na razie są to rzecz jasna jedynie werbalne umizgi, ale przyjdzie czas, że prawdziwie pochylę! Zmuszony jestem jednak do przerwania tej hegemonii i skrobnięcia czegoś od siebie – tak dla zachowania równowagi w zespole i wewnętrznego spokoju.

Wracam zatem do klimatów i brzmień szczególnie mi bliskich, bo mocnych ale w dalszym ciągu niezwykle oryginalnych, a zwłaszcza nieoczywistych, co z kolei – nie oszukujmy się – przekłada się na znikomą znajomość tego typu wydawnictw w powszechnym obiegu. W tym odcinku zamierzam zaproponować poszukiwaczom zjawisk nietuzinkowych czy też poławiaczom muzycznych perełek, podróż muzyczną ścieżką wydeptaną przez… WYZNAWCĘ! Ścieżkę dodam, niezwykle urokliwą, choć wymagającą od słuchacza sporego zaangażowania oraz – co w muzycznym nurcie reprezentowanym przez zespół BELIEVER, a określanym mianem technicznego thrash metalu jest rzeczą naturalną – ogromnej jego otwartości na wydobywający się z głośników muzyczny koktajl dźwiękowy. Bez tych niezbędników, czyli otwartości i zaangażowania – ani rusz!

W mojej skromnej ocenie, będący przedmiotem niniejszej rozprawki album „Dimensions”, jest najdoskonalszym dziełem, dziełem skończonym tego amerykańskiego zespołu. Świadomy praw i obowiązków płynących z rzetelnego i zgodnego z prawdą przedstawiania faktów w amatorskiej (ale jednak!) publicystyce… wiem, co piszę i zdania nie zmienię! Co oczywiście nie oznacza, iż nie zachęcam do zapoznania się z pozostałymi dokonaniami  Pensylwańczyków – co to, to nie, zwłaszcza iż ten album jest niejako zwieńczeniem obranej już na debiutanckim krążku, wyboistej stylistycznie drogi. Historia grupy świadczy o tym, że ten band w swojej karierze nie miał lekko, a mimo to nie złożył broni. Po wydaniu drugiego albumu „Sanity Obscure”, grupa właściwie rozpadła się! Ten kryzys personalny został jednak zażegnany, a zespół w nowym składzie stworzył właśnie to wspaniałe dzieło, któremu nie bez przyczyny nadano tytuł „Dimensions”. Można także pokusić się o stwierdzenie, iż chrześcijańskim zespołom, a za taki uchodził przecież BELIEVER, nie było łatwo egzystować na swoich warunkach i trwając wytrwale w wyznawanych przez siebie wartościach w metalowym światku. Dochodzimy w tym momencie do małego paradoksu, bo oto ten bezkompromisowy i co by jednak nie napisać, poruszający się po grząskim gruncie ekstremalnej metalowej awangardy zespół, jawi się jako bodaj pierwszy z dotychczas przedstawionych na naszych łamach zespołów, o tak zadziwiająco spójnych z linią programowa tej strony wartościach. I nie jest to tylko czcza gadanina, gdyż BELIEVER, to rzeczywiście zespół o chrześcijańskiej proweniencji, a wyznawane przez niego wartości znajdują odzwierciedlenie w jego muzyce. Choć należy także dodać, iż grupa nie prowadziła w związku z tym żadnej propagandowej, chrześcijańskiej krucjaty czy agitacji. Sami muzycy przyznawali, iż nigdy specjalnie nie akcentowali swojej postawy i nie usiłowali nikogo nawracać na swoją wiarę, zawsze na pierwszym miejscu stawiając muzykę. I nawet jeśli teksty utworów zawierały jakąś cząstkę filozofii, mistycyzmu czy religijnych postaw, to szacunek dla cudzych poglądów, przekonań, wiary, odmienności czy też wizerunku zawsze zwyciężał, gdyż to bardzo osobista i prywatna sprawa każdego człowieka. „Dimensions”, to jakby foniczny zapis próby wspólnego zmierzenia się przez dwóch głównych twórców repertuaru grupy BELIEVER w osobach wokalisty i gitarzysty, Kurta Bachmana oraz perkusisty Joey’a Dauba z odwiecznymi zagadnieniami dotyczącymi naszej, czyli ludzkiej egzystencji. To jednakowoż próba odkrywania ludzkiej natury, dociekanie istoty naszego pochodzenia, próba wskazania i określenia miejsca człowieka we wszechświecie,… Co by nie rzec, porwali się panowie na temat tak bezkresny i niezbadany, jak nie przymierzając … próba określenia granic wszechświata! Ale do realizacji przedsięwzięcia podeszli niezwykle poważnie, co potwierdza już zamieszczona przez twórców materiału lista publikacji i literatury, jaką zgłębiali i którą posłużyli się w kreowaniu lirycznej strony tego doskonałego dzieła, jakim bezsprzecznie jest album „Dimensions” . Dla lepszego zobrazowania ogromu pracy wykonanej w celu jak najdoskonalszego zgłębienia narzuconego sobie zadania, Kurt I Joey  przytaczają nam autorów i ich dzieła z których korzystali pracując nad tym złożonym konceptem, a byli wśród nich:

Norman L. Geisler - "Chrześcijańskie przeprosiny";

Dr Hugh Ross - "Odcisk bożego palca";

Stephen Hawking - "Krótka historia czasu";

Rudolf Theil - "I stała się jasność- odkrycie wszechświata";

Albert Einstein - "Teoria relatywizmu".    

Oczywiście główny odnośnik, punkt wyjścia do wszelkich rozważań stanowiła Biblia (sporo pochodzących z niej cytatów ze wskazaniem konkretnych rozdziałów i wersów zostało wykorzystanych w większości zamieszczonych na albumie kompozycji), ale panowie sięgnęli także do twórczości i teorii lansowanych przez takich filozofów, jak: Sigmunt Freud, Thomas Alitzer, Jaen – Paul  Sarte czy Ludwig Feuerbach. Warstwa tekstowa jawi się zatem równie interesująco, co sama muzyka. Już na etapie pisania materiału muzycy wiedzieli, że do realizacji pełnej wizji swojego zamierzenia będą potrzebowali nieporównywalnie więcej czasu i zaangażowania, aniżeli miało to miejsce przy rejestracji poprzedników (chodziło o cały proces twórczy; zarówno pisanie materiału, jak i jego nagrywanie). Zatem dotychczasowy i stosowany przez niemal wszystkich wykonawców model pracy z rezerwowanym z dużym wyprzedzeniem renomowanym i profesjonalnym studiem nagrań na okres od … do, w którym zespół musiał zmieścić się z całym procesem nagrywania nie wchodził w tym konkretnym przypadku w grę. Dla porównania: na nagranie i miks poprzedniego albumu „Sanity Obscure” zespół potrzebował zaledwie dwóch tygodni, zaś na powstanie „Dimensions” jego twórcy musieli poświęcić pełen rok (!) ze swojego życia, by go nagrać i zmiksować wg. własnej wizji. Z tego też powodu Joey i Kurt zdecydowali się zainwestować swoje oszczędności w powstanie własnych, maleńkich domowych studiów nagraniowych i w nich każdą wolną chwilę poświęcać na dopracowywanie i korygowanie powstającego materiału na każdym etapie jego realizacji, a także mieć nad nim całkowitą kontrolę. Zespół próbował przekonać nawet swojego wydawcę (Roadrunner Records), by przerzucił budżet przeznaczony na nagranie tego albumu, na doposażenie właśnie tych, powstałych z myślą o zachowanie kontroli nad najdrobniejszym nawet szczegółem tworzonego materiału, domowych studiów muzyków.

Co zatem BELIEVER proponuje nam na tym materiale w warstwie muzycznej? Ten album ma tak wiele do zaoferowania słuchaczowi, ze szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć. Podczas pracy nad „Dimensions” wykorzystano najnowocześniejszą wówczas technikę studyjnej, cyfrowej rejestracji dźwięku (system DAT), a także najnowocześniejsze naonczas możliwości pracy z komputerem. Zespół wraz z długoletnim przyjacielem grupy Tedem Hermansonem (specjalista z ogromnym doświadczeniem eksperckim w dziedzinie inżynierii dźwięku i programowania) wykonał tytaniczną pracę studyjną, a efekty tych studyjnych zabiegów budzą podziw po dziś dzień! W stosunku do dwu wcześniejszych studyjnych albumów grupy „Dimensions” jest zdecydowanie bogatszy nie tylko pod względem aranżacyjnym ale i – albo zwłaszcza – brzmieniowym. Brzmienie jest fantastyczne! Zawiera sporo elementów, które można było odnaleźć w muzyce BELIEVER już wcześniej, tyle ze w śladowych ilościach. Ta mnogość studyjnych, technicznych nowinek czy też zagrywek – wtrętów doskonale wkomponowanych w strukturę utworów (samplowane tricki, niecodzienne zmiany rytmiczne, rozbudowane partie skrzypiec,…) i stanowiących ich uzupełnienie, nie zaś treści zasadniczej jest doprawdy zdumiewająca! Każdy utwór jest inny ale wszystkie posiadają wspólną cechę – bije z nich kompozytorska dojrzałość i uwolniony w procesie twórczym entuzjazm ich twórców! W zasadzie jedynym niezmiennym elementem składowym muzyki BELIEVER jest na tym krążku głos wokalisty i to właśnie ten element w całej tej układance stanowić może najtwardszy orzech do zgryzienia dla słuchaczy, którzy za pośrednictwem tego czy też któregoś z wcześniejszych albumów grupy zetkną się z jej twórczością. Przyznam się szczerze, że i ja na początku odczuwałem z tego powodu pewien, nazwijmy to … dysonans poznawczy, ale spokojnie – ten element nie powinien wpłynąć  w większym stopniu na odbiór całości materiału, a po pewnym czasie sam słuchacz stwierdzi, że jest na swój sposób… oryginalny!(?)

Po dotychczasowej objętości tej recenzji zauważam, że … ta nałożona sobie (nieformalnie) „dyscyplina pismacka” po raz kolejny wymknęła mi sie spod kontroli, znowu za bardzo się rozpisałem, a tu chciałoby się jeszcze i jeszcze o takich niezwykłościach pisać… Muszę zatem w kilku żołnierskich słowach zmierzać do zamknięcia tej publikacji, choć i tak nie umknę przed karzącym wzrokiem Naczelnego. Znowu będzie kręcił nosem z dezaprobatą, będzie się boczył przez następny tydzień albo i dwa, a w konsekwencji kasy na czas nie wypłaci – ale, co tam – takie jego zbójeckie prawo! Z konieczności zatem – i zapewne ulgi czytających tych wypocin – pominę analizę poszczególnych utworów, skrótowo napomykając jedynie, iż teksty na „Dimensions” mają skłaniać słuchacza do zadawania sobie wielu pytań dotyczących religii, istnienia Boga, naszego miejsca w bożym dziele,… Nie wybaczyłbym sobie jednak potraktowania po macoszemu zamykającej to dzieło genialnej kompozycji o znamiennym tytule: „ TRILOGY OF KNOWLEDGE” („Trylogia wiedzy / poznania”)! I jeśli napomknę, iż 99,9% sloganów reklamowych wymyślanych przez speców od marketingu, dla których najważniejsze w przemyśle muzycznym jest sprzedanie „produktu”, nie zaś uwzględnienie jego artystycznej wartości, to zwyczajne wodolejstwo i wyraz skrajnie posuniętego dyletantyzmu, o tyle w przypadku etykietki jaką opatrzono tę kompozycję – podpisuję się pod nią wszystkimi kończynami! A leci to tak: „(…) zawiera „TRILOGY OF KNOWLEDGE” – jeden z najbardziej niezwykłych utworów stworzonych kiedykolwiek przez metalowy zespół!”. To Drodzy Państwo najszczersza prawda, ale żeby się o tym przekonać należy po prostu po ten album sięgnąć! Ta monumentalna kompozycja trwająca w sumie 20 min. i 52 sek. składa się z intro „THE BIRTH” oraz trzech części zasadniczych określonych jako „ruchy” („MOVEMENT”): „THE LIE” / „THE TRUTH” / „THE KEY”. W standardowe, thrashowe struktury tej suity inkorporowano rozmaite, typowe dla zespołów reprezentujących świat rocka progresywnego elementy i motywy. Dało to efekt wprost zniewalający! Główne skrzypce gra tutaj – a jakże – skrzypek, Scott Laird. Muzyk ten pojawił się już w charakterze zaproszonego do współpracy gościa na poprzedniej płycie grupy „Sanity Onscure”, tym razem jednak występuje jako pełnoprawny członek zespołu. A jak brzmi sposób jego muzycznej wypowiedzi? Efekt jego starań po prostu powala na kolana! Bez tej fantastycznej kompozycji „Dimensions” byłaby płytą (tylko!)bardzo dobrą, ostatni utwór czyni ją zaś doskonałą! Znajdziemy tutaj także genialne kobiece partie wokalne wykreowane przez zawodową sopranistkę Julianne Laird. Zatem bez grama przesady można powiedzieć, iż to metalowa opera! A skoro opera, to nie zwykły utwór, a DZIEŁO! Lirycznie suita stanowi opis wzlotów i upadków (głównie upadków) rasy ludzkiej od momentu stworzenia człowieka, czyli od zarania dziejów.

Nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia tego tekstu, aniżeli zacytowanie ostatnich, kończących tę wspaniałą suitę i jednocześnie cały album słów wokalisty i gitarzysty BELIEVER, Kurta Bachmana: „God love You. Take care! Bye, bye!…” Wypowiada je w taki sposób, iż masz wrażenie jakby były skierowane  tylko i wyłącznie do Ciebie. Że oto jakiś człowiek z przeciwległego krańca naszej planety chciał Ci coś przekazać, że nagrał ze swoim zespołem, dedykowaną specjalnie dla Ciebie płytę, nie szczędząc sił, środków, swojego czasu i nade wszystko dzieląc się z Tobą, jako słuchaczem tym, co otrzymał od Stwórcy najcenniejszego – swoim talentem. Doceńmy to!

K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *