Recenzja #36 Fields Of The Nephilim “Elizium”

FIELDS OF THE NEPHILIM – “Elizium” ; 1990 Beggars Banquet

Nie przypadkiem to wyjątkowe wydawnictwo fonograficzne ukazuje się w naszym cyklu właśnie w tym miesiącu i o tej porze roku. Mogę śmiało napisać, iż z premedytacją zostawiłem je sobie na ten czas – zabieg to zatem jak najbardziej przemyślany. Jak powszechnie wiadomo w tradycji chrześcijańskiej miesiąc listopad poświęcony jest w sposób szczególny pamięci tych, którzy odeszli już do wieczności. To zarazem czas zadumy i refleksji nad ulotnością życia, nad przemijaniem, nad tym co czeka lub może bardziej, nad tym co może czekać nas po tamtej, drugiej stronie życia ,… Właśnie o tym traktuje  album „Elizium”, brytyjskiej grypy FIELDS OF THE NEPHILIM.

Kilkanaście lat temu łódzka COMA zadebiutowała rewelacyjnym krążkiem zatytułowanym „Pierwsze wyjście z mroku”. Ja parafrazując ten tytuł chciałbym zafundować Naszym Czytelnikom swoiste pierwsze wejście w mrok! Tak właśnie, gdyż będzie to wejście w prawdziwie mroczny świat muzyki definiowanej jako rock gotycki, którego FOTN jest przecież czołowym przedstawicielem. Mój okres fascynacji tą grupą przypadł na pierwszą połowę ostatniej dekady ubiegłego stulecia / tysiąclecia i był poniekąd logicznym następstwem uwielbienia dla bodaj najczęściej utożsamianej z tą odmianą rocka grupą, THE SISTERS OF MERCY. Nie oznacza to bynajmniej, iż w latach późniejszych FOTN wypadł na dłużej poza orbitę moich muzycznych zainteresowań – co to, to nie! Ten zespół nie pozwoli Wam o sobie zapomnieć, gdy już raz jego muzyka zasieje swe ziarno w  Waszych sercach!

Zespół ten właściwie już od samego początku swojej działalności miał reputację otoczonego mgłą tajemnicy – dosłownie i w przenośni. Dosłownie, gdyż podczas koncertów fani mogli dostrzec niewiele więcej oprócz białych oparów dymu i wyłaniających się co i rusz konturów noszonych przez członków zespołu kapeluszy (taki też obraz wyłania się z wydanych przez zespół w pierwszym okresie działalności dwóch koncertowych zapisów filmowych: „Forever Remain” i „Visionary Heads”); w przenośni zaś dlatego, że lider grupy, wokalista i autor tekstów Carl McCoy interesuje się wszelaką wiedzą tajemną, wędrówką i reinkarnacją dusz, jest wielbicielem szamanizmu, znawcą prastarych kultur i mistycyzmu, … Wszystko to znajduje odzwierciedlenie w pisanych przez niego tekstach utworów. To, z jak wielką i znaczącą postacią muzycznej sceny mamy do czynienia i jak  niesłychanie silną osobowością, obdarzoną  niesamowitą charyzmą najlepiej przekonują koncerty grupy w trakcie których kontakt słowny McCoya z publicznością sprowadza się do niezbędnego minimum, a mimo to absorbuje na sobie uwagę zebranych w stopniu niebywałym. Koncerty FOTN przybierały dzięki niemu niemalże formę religijno – rockowych obrządków, zaś sam Mistrz Ceremonii upodabniał się do kapłana tych mrocznych misteriów wygłaszającego swoje kwestie (wyśpiewującego swoje teksty) w sposób nie pozostawiający ich adresatów obojętnymi. Sam poeta tej mrocznej poezji nie narzuca nikomu interpretacji swoich tekstów, nie głosi żadnego programu, nie formułuje złotych myśli, czyli w żaden sposób nie wykorzystuje swojej uprzywilejowanej dla obdarzonych tak silna osobowością frontmanów.  Być może właśnie dzięki „takiemu sposobowi dystrybucji swojej sztuki” grupa w tamtym czasie miała w środowisku miłośników mrocznych dźwięków status podobny temu, jakim w środowisku odbiorców muzyki metalowej cieszył i wciąż cieszy się zespół SLAYER – jej szeregi stanowili nie „zwykli” fani, a wyznawcy! Zresztą, czy człowiek o tak niezwykłych zainteresowaniach, jak McCoy mógł powołanej przez siebie grupie nadać jakąś zwyczajną, pospolitą nazwę? Zdecydowanie nie!  Grupa zaczerpnęła swoją nazwę od Nefilimów, tajemniczego, mitologicznego plemienia aniołów, które zbuntowało się przeciw Stwórcy i  w wyniku swojego nieposłuszeństwa zostało przez Niego strącone na ziemię, ale – co znamienne – nie pozbawione swoich nadprzyrodzonych zdolności i wiedzy niedostępnej zwykłym śmiertelnikom. Nefilimowie szybko zasmakowali w uciechach życia doczesnego, brali za żony śmiertelne kobiety i płodzili z nimi rasę Gigantów (pół – ludzi, pół – aniołów), którym przekazywali wszystkie swe tajemnice. Kres ich panowaniu położył dopiero sprowadzony na Ziemię przez Stwórcę potop.

Cóż mi zatem pozostało po tym przydługim słowie wstępnym, chyba już tylko przejście do meritum, do dania głównego tej pisaniny, do muzyki zawartej na albumie „Elizium”. Żeby jednak bezboleśnie  wejść w piękny świat mrocznych dźwięków wypełniających to dzieło, które objawiło się światu 24 września 1990 roku (data premiery „Elizium” na rynku fonograficznym), należy – a przynajmniej tak mi się wydaje – cofnąć się dwa lata wstecz, do roku 1988. Wówczas światło dzienne ujrzał drugi LP zespołu zatytułowany „The Nephilim”. To płyta – pomost pomiędzy przeszłością, pomiędzy tym z czego zespół zasłynął po wydaniu debiutu, tzn. dynamicznych rockowych utworów wykonywanych z porywającą ekspresją (5 wybuchowych, rockowych utworów w duchu debiutu), a przyszłością albo właściwszym będzie stwierdzenie: tym, co miało nadejść (druga strona albumu której zawartość stanowią 3 długie, epickie, rozbudowane, progresywno – rockowe kompozycje). Tym samym zespół wystosował do wszystkich zwolenników swojej dotychczasowej twórczości prosty i czytelny komunikat: Nie jesteśmy zespołem wchodzącym więcej niż raz do tej samej rzeki! Nie spodziewajcie się na naszej kolejnej płycie prostego, zwartego, rockowego grania – to już przeszłość. Wkraczamy na nową ścieżkę. To nasza nowa odsłona, a jednocześnie kierunek naszych poszukiwań. Jeśli chcecie podążać za naszym rozwojem, będziecie zmuszeni ten stan rzeczy zaakceptować! Zatem grupa zupełnie świadomie i w sposób bardzo naturalny wkroczyła w orbitę zainteresowań rockiem progresywnym – tym w wydaniu tuzów gatunku z lat 70 – tych ubiegłego wieku z Pink Floyd na czele. Można zatem domniemywać, iż wybór Andy’ego Jacksona (pracował wcześniej właśnie z Pink Floyd w charakterze inżyniera dźwięku podczas rejestracji „A Momentary Lapse Of Reason”) do roli producenta i zarazem głównego gałkowego w studio, nie był dziełem przypadku.  Koncepcja nowego albumu dojrzewała, głównie w głowie lidera grupy przez dwa długie lata. W tym właśnie czasie McCoy zgłębiał wiedzę o prastarych kulturach, czytał książki o szamanizmie i śmierci, a także … diametralnie zmienił swój sposób życia: rzucił palenie, odstawił alkohol, przerzucił się wyłącznie na kuchnię wegetariańską, … Poważne zmiany, nieprawdaż?. Dlaczego zatem podkreślam tak bardzo związek poprzedniczki z omawianą „Elizium”? Ano dlatego, iż wprowadzający nas w klimat bohaterki naszej opowieści utwór „Dead But Dreaming” rozpoczyna się w chwili, gdy dusze pary kochanków opuszczają swe martwe ciała i rozpoczynają wędrówkę w nieziemskim śnie: „ … Twój wizerunek roztapia się w moich dłoniach … nie możesz się zbudzić … w ślepym blasku księżyca podchodzę do okna, gdzie noc stała się Elizium dla bezsennych dusz i naszą przyszłością …” * I właśnie ten początek potraktować należy jako kontynuację „Last Exit For The Lost”, utworu zamykającego „The Nephilim” w którym jego bohaterowie zbliżali się do tajemniczych drzwi wyznaczających granicę życia i śmierci: Zbliżamy się, widzę już drzwi. Coraz bliżej, lecz czy one są tam naprawdę? To mógł być mój ostatni krok do tyłu, ostatnia droga ucieczki dla zgubionych.” * Pogmatwane? Skądże znowu! „Elizium” w całości poświęcony jest wędrówce dusz i – a jakże – stanowi pewną zamknięta całość, czyli przybiera formę koncept – albumu. Z obserwacji wiem, że na obecne pokolenie młodych adeptów muzycznych uniesień ten termin działa odstraszająco – wiadomo: takie albumy wymagają potraktowania ich całościowo, wyodrębnianie z niej singli raczej nie wchodzi w grę, trzeba zatem poświęcić im znacznie więcej czasu i skupienia aniżeli innym, standardowym fonograficznym produkcjom , a współczesny, wiecznie zagoniony człowiek nie ma przecież na to czasu – jemu wszystko trzeba podać na tacy. Przykre to, ale  niestety prawdziwe! Wracam jednak do sedna. W mitologii greckiej Elizium oznacza miejsce w które udają się dusze zmarłych po zakończeniu ziemskiego życia. Tam czeka ich życie wieczne i ostateczne. Ten mistyczny świat, który znajduje się za progiem wspomnianych już tajemniczych drzwi prowadzących ku innej rzeczywistości, symbolizuje tutaj owiana nie mniejszą tajemnicą Sumeria – kraina snu w której dusze oczekują reinkarnacji. Termin ten został przez McCoya zaczerpnięty z mitologii sumeryjskiej – najstarszej znanej ludzkości cywilizacji: „ … kształty aniołów, niczym cienie rzucone przez noc, zamarły uśpione w mojej przeszłości … są teraz tutaj i chcą cię poznać … więc wejdź w sen …” („Sumerland – What Dreams May Come”). Cały czas wznosimy się wyżej i wyżej, aż pod nieboskłon, gdzie dobiega końca pozaziemska podróż dusz: „ … widać stąd Ziemię, jesteśmy tutaj wysoko, na zawsze: nie ma jutra, nie ma dnia dzisiejszego … („Wail Of Sumer”). Jest jednak wspaniała perspektywa wspólnego życia w wieczności dla tych dusz, które za ziemskiego życia darzyły się prawdziwym uczuciem niezmierzonej miłości: „Tylko te dusze, które gwałtownie opuściły ciało, są najczystsze. Tak kończą jedynie prawdziwi kochankowie. Jesteśmy zagubieni wśród jasnych aniołów …” („And There Your Heart Will Be Also”).

No, i cóż jeszcze mógłbym ze swojej strony dodać, by cokolwiek bardziej zachęcić do zapoznania się z tą wyjątkową, uduchowioną i jedyną w swoim rodzaju płytą?  Zauważcie Drodzy Państwo, iż kontemplacja dzieł Wielkich Mistrzów jakiejkolwiek dziedziny sztuki niejednokrotnie (w zależności od złożoności dzieła), wymaga od widza / słuchacza cierpliwości, zaangażowania skupienia i oczywiście poświęcenia mu swojego jakże cennego czasu. Nie inaczej jest w przypadku tego materiału i tylko od stopnia naszej percepcji zależeć będzie wielkość nawiązki, jaką w związku z tym otrzymamy. Nie odmawiajmy sobie zatem tej przyjemności i kontemplujmy, kontemplujmy… Skoro Elizium to tak wyjątkowe miejsce, czemu nie dać się porwać tam już za życia? Jeśli dacie się ponieść porywającej ekspresji tego materiału, zdecydowanie bliższego z muzycznego punktu widzenia zespołom pokroju Pink Floyd czy wczesnego Marillion, niż post – punkowej, awangardowej odmianie wczesnej fazy twórczości Nefilimów, to być może z zupełnie innej perspektywy niż dotychczas spojrzycie na kwestię nieuchronności śmierci, przemijania, życia po życiu, … Być może częste (muzyczne) wyprawy do Elizium okażą się prawdziwym katharsis dla naszej udręczonej ciężarem rzeczywistości sfery duchowej, która także domaga się czasem zaspokajania potrzeb wyższego rzędu. Dzięki FOTN otrzymaliśmy niepowtarzalną i niedostępną zwykłym śmiertelnikom okazję zapuszczenia się w głąb Elizium. Grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać, bo któż z nas nie chciałby wiedzieć, co ma nam do zaoferowania ta kraina wiecznej szczęśliwości i co – przynajmniej według mitologii sumeryjskiej – czeka nas po drugiej stronie tajemniczych drzwi?

*fragmenty tekstów utworów w przekładzie Tomasza Beksińskiego.

K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *