Recenzja #38 Control Denied “The Fragile Art Of Existence”

Control Denied „The Fragile Art Of Existence”; 1999 Nuclear Blast

Dokładnie przed rokiem w tej rubryce została opublikowana recenzja genialnego albumu „Symbolic”, grupy DEATH. Jej publikacja zbiegła się w czasie (co oczywiście było zabiegiem planowanym znacznie wcześniej) z kolejną (15 – tą) rocznicą śmierci jej lidera,  Chucka Schuldinera i była w założeniu formą oddania hołdu temu Wielkiemu Artyście! Ten wpis, który właśnie powstaje jest wyrazem mojego uwielbienia dla twórczości Tego Genialnego Muzyka oraz konsekwencji w upamiętnianiu tej wyjątkowej daty w muzycznym kalendarzu. Z niekłamaną przyjemnością podejmuję się wzniesienia kolejnego pomnika ku pamięci tej wyjątkowej osobowości. Tym razem nie będzie on jednak opatrzony nazwą DEATH lecz CONTROL DENIED!

To projekt tak niezwykły i nietuzinkowy na muzycznej scenie, jak tworzący go muzycy. Nie przypominam sobie istnienia na rockowej scenie takiej grupy, która w jakikolwiek sposób nawiązywałby do tego jednorazowego, ale jednak wizjonerskiego Chuckowego projektu. To zarazem zdumiewający muzyczny testament człowieka, który jak każdy chciał żyć, tworzyć i móc realizować swoją wielką pasję, która później zapisana w dźwiękach i utrwalona na różnych nośnikach docierała do odbiorców, słuchaczy. Wiadomość o ciężkiej chorobie Chucka Schuldinera spadła na cały muzyczny świat – ten bardziej zaangażowany i śledzący z zainteresowaniem  doniesienia z rejonów ich muzycznych zainteresowań – niczym grom z jasnego nieba!  W czasie pracy nad tym albumem oraz w trakcie jego rejestracji choroba tak się nasiliła, że zespół zmuszony został do odwołania trasy koncertowej mającej promować ten materiał. Pomimo ciążącego nad nim fatum, Chuck był w dalszym ciągu niesamowicie pozytywnie nastawionym do życia człowiekiem. Nie tylko myślał bardzo pozytywnie ale także w dalszym ciągu planował wiele rzeczy na przyszłość. Bo przecież były plany na następne wydawnictwo CONTROL DENIED, na promujące je trasy, docieranie z koncertami (zarówno pod banderą CONTROL DENIED, jak i DEATH) do najodleglejszych zakątków świata. To wszystko przerwała w najbardziej niespodziewanym momencie (bo któż w wieku lat 32 zakłada tak dramatyczny i najczarniejszy dla siebie scenariusz swojego życia?) brutalnie wyniszczająca organizm lidera tych grup choroba, a w konsekwencji przegranej z nią rywalizacji – jego śmierć! Wówczas, w 1999 roku postrzegaliśmy ten album w kategoriach debiutu nowej i świetnie rokującej na metalowym rynku formacji ale już dwa lata później ta optyka uległa diametralnej zmianie; należało ten materiał traktować jako swoisty muzyczny testament , ostatnią artystyczną wypowiedź Wielkiej Muzycznej Osobowości i muzyka nieprzeciętnego talentu. Podobnie rzecz ma się z tytułem, jakże pięknym i wiele mówiącym tytułem. W kontekście wydarzeń, które rozegrać miały się już wkrótce potem, a które tak bardzo wzbogaciły jego wymowę, jego znaczenie…

Pewnie niczego nowego nie napiszę stwierdzając, iż miłośnikom wcześniejszych aktów Mr. Schuldinera (tych sygnowanych nazwą DEATH),percepcja tego materiału przyjdzie o wiele łatwiej, aniżeli tym, którzy ze sztuką Tego Pana nie byli obyci. Na jakiej podstawie wysuwam takie spostrzeżenie? Otóż dlatego, ze muzyka zawarta na tym krążku zdecydowanie bardziej aniżeli do klasycznych odmian heavy czy też power metalu, jak chciałaby to widzieć i jak reklamowała „ten produkt” wytwórnia, nawiązuje do ostatnich dokonań (a w szczególności „The Sound Of Perseverance”) najbardziej znanego w metalowym światku dziecka Schuldinera – zespołu DEATH! Jasne, że jest to muzyka znacznie mniej agresywna niż dokonania ŚMIERCI, ale przecież właśnie w kierunku większej progresywności zmierzało każde kolejne dokonanie tej wybitnej formacji, co wie każdy miłośnik technicznego death metalu. Podstawową różnicę stanowi budzący skojarzenia ze sceną heavy / power metalową głos Tima Aymara, którego wachlarz głosowych możliwości jest niewiarygodnie szeroki; to facet z zupełnie innej galaktyki! No, i niech mi ktoś spróbuje wmówić, że te pojawiające się w większości utworów miażdżące riffy – element tak charakterystyczny dla schuldinerowej, gitarowej maestrii, to elementy charakterystyczne dla sceny heavy czy power metalowej, to… Niemniej jednak dla wielbicieli wyrafinowanych dźwięków, nieszablonowych rozwiązań kompozycyjno – aranżacyjnych w strukturach poszczególnych utworów, zachwycenie się tymi dźwiękami, a co za tym idzie tym materiałem, przyjdzie z łatwością. Zawiodą się natomiast „tym produktem” ortodoksyjni zwolennicy heavy metalu w jego najbardziej sztampowo – programowej formie… ale tylko w kwestii liryków, rzecz jasna! Nie znajdą tutaj ani bohaterów ze świata fantasy, ani smoków, ani wojowników, zerowa reprezentacja rycerzy, czarnoksiężników,… jednorożców także nie stwierdzono! Pewien jednak jestem, iż uskrzydli ich już sama część instrumentalna, a później to już tylko… uzależnienie! Oczywiście uzależnienie ilości odsłuchu tego materiału od czasowych możliwości, tudzież innych pochłaniających nasz czas zobowiązań. Zakładam zatem, że jedyną grupą do której nie trafi ta muzyka stanowią ci jej odbiorcy, którzy z premedytacją odrzucają w muzyce wszystko to, co obce ich dotychczasowym preferencjom, co inne, zbyt wyrafinowane, co… niebezpiecznie dryfuje w stronę absolutu! Do tej grupy dorzuciłbym jeszcze jednostki, którym „słoń nadepnął na ucho”, legitymujących się  brakiem wrażliwości na piękno (zarówno w sztuce, jak i w życiu codziennym), tudzież tych, którzy wykazują nieznaczny stopień zainteresowania dokonaniami muzycznego świata. Pozostała część populacji (po odliczeniu wyżej wymienionej grupy, z czystej arytmetyki wychodzi mi jakieś 0.00000001% ludzkości) cmokać będzie z zachwytu!

Jak to dobrze, że drogi Chucka i Steve’a Di Giorgio rozeszły się tylko na krótko. Tutaj przykładów tej niesamowitej symbiozy (możliwej tylko dzięki doskonałemu odczytaniu zamysłów Mistrza przez Steve’a i jego nieograniczonej wręcz kreatywności) mamy tutaj cały arsenał. Linie jego instrumentu raz za razem „wyłamują się” z podstawowego rytmicznego szkieletu utworów, wychodząc niejednokrotnie na pierwszy plan, ale tego typu zagrywki, to przecież jego znak rozpoznawczy od lat. Jego fenomenalna gra na – a jakże! – bezprogowym basie nadaje ton, i to już od pierwszych taktów, takim kompozycjom, jak „Consumed”, „What If…” czy „When The Link Becomes Missing”. Żeby nie faworyzować tylko pracy, jaką wykonał na tym albumie basista, bo równie fantastycznie prezentuje się tutaj każdy z instrumentalistów, pozwolę sobie zwrócić uwagę czytelników / przyszłych słuchaczy, na niezwykły fragment kompozycji „Believe”.  W nim bowiem – i to jest oczywiście moje subiektywne spostrzeżenie – partie gitar prowadzących obydwu gitarzystów, jakby to ująć… rywalizują ze sobą o prawo pierwszeństwa w dotarciu i zaistnieniu w świadomości słuchacza! Cudeńko! Wzmiankowany fragment ma swój początek w okolicy 3:15 min. tegoż utworu! Tutaj nie ma miejsca na odrobinę choćby nijakości! Tego składnika w przepisie na wysmakowany produkt kryjący się pod nazwą „The Fragile Art Of Existence” brak! Ale tego niepożądanego w świecie kreatorów każdej dziedziny sztuki składnika, nie dostrzeżemy także na jakiejkolwiek produkcji z udziałem Chucka Schuldinera i do takiego stanu rzeczy zdążyliśmy się przyzwyczaić na długo przed pojawieniem się „Kruchej Sztuki Istnienia”.

Nie sposób odbierać tego dzieła w inny sposób, aniżeli kompleksowo. A jeśli kompleksowo, to wiadomo, iż jego wartość w pełni docenimy dopiero po szczegółowym zapoznaniu się z warstwą tekstową, liryczną; w nich ukryte są bowiem kolejne (odsłaniane stopniowo wraz z poznawaniem kolejnych utworów) pokłady piękna. Ta spójność poetycko – kompozytorska jest tym istotniejsza, że za całość zgromadzonego tutaj materiału słowno – muzycznego odpowiada jedna osoba – osoba nieodżałowanej pamięci Chucka Schuldinera! Bo i jakże rozdzielić tę jednorodną spójność kompozycyjnej materii w takim chociażby otwierającym całość „Consumed”, bardzo osobistym, podejmującym temat wzajemnego współczucia dla bardzo bliskich sobie osób:

„Kosztuję łez, które wykrwawiłaś,

Odczuwam obawy, których się pozbywałaś.

Myślałaś, że (tego) wszystkiego nie czułem?

Myślałaś, że mogłem tego nie skosztować?

 

Czy czujesz ból, który ja odczuwam?

Ból, który zadomowił się w moim wnętrzu?

Czy dźwigasz łańcuchy, które ja dźwigam?

Których ogniwa wywołują otwarte rany w moim ciele?” *

Jak nie połączyć stanu w jakim znajdował się w trakcie pracy nad albumem jego główny twórca? To zmaganie ze śmiertelnym, chorobowym zagrożeniem znalazło wydźwięk w takich utworach, jak „Breaking The Broken”:

„Gdy wszystko zostało już powiedziane, a sprawy doczesne pozamykane

Co tak naprawdę można powiedzieć odchodząc?”*

czy w „Expect The Unexpected”:

“A kiedy życie wydaje się być poukładane,

To (choroba) pojawia się znienacka i wstrząsa nami,

Element zaskoczenia (…)

Przygotowany na to, czego nie możesz zobaczyć

Oczekuj nieoczekiwanego”*;

a także albo zwłaszcza w tytułowym „The Fragile Art Of Existence”:

„To samo miejsce, różny czas, ten sam pościg

Różny kierunek poszukiwań.

Szansa na uzdrowienie, by zrozumieć co jest rzeczywistością.

Muszę obrać ten kurs!

Niczym pędzel malujący obraz

Tego, co chcielibyśmy ujrzeć. (…)

Krucha sztuka istnienia

Jest utrzymywana przy życiu z niezachwianą uporczywością.(…)

Nie czas na użalanie się nad samym sobą,

Nie czas na rozpamiętywanie, co mogło być,

A tymczasem już nie będzie”*

No, i cóż ja biedny żuczek mogę jeszcze od siebie dodać? Może tylko: a nie mówiłem, że nie uświadczycie w lirykach żadnych bohaterów ze świata fantasy, ani smoków, ani wojowników, zerowa reprezentacja rycerzy, czarnoksiężników,… jednorożców także nie stwierdzono! Ale należy także oddać sprawiedliwość pozostałym członkom CONTROL DENIED, gdyż bez ich udziału efekt końcowy nie przybrałby takiej postaci. Przecież dźwięki zawarte na „The Fragile Art Of Existence”, to nie tylko efekt kompozytorskiego geniuszu Mistrza ale też pokłosie działającej na wyobraźnię muzycznej perfekcji wszystkich instrumentalistów czy też niesłychanej wokalnej różnorodności Tima Aymara.  O czymś zapomniałem? A, tak – o sakramentalnym: Do sklepu marsz i zaopatrzyć się czym prędzej w to nietuzinkowe wydawnictwo!

* – tłumaczenie własne, a zatem obarczone znacznym stopniem ułomności,… jak wszystko, co wychodzi spod mojej ręki.

K.F.

3 thoughts on “Recenzja #38 Control Denied “The Fragile Art Of Existence”

  • Prowadzącym Box polecam zdmuchnąć kurz z Pink Floyd. Dark side większość zna ale “Echoes” w wydaniu live nagranego w Pompejach warto by było przypomnieć ciemnogrodowi.

  • Po dwudziestu latach nie słuchania metalu,róznego gatunku, powróciłem aby przypomnieć lub zobaczyć co dany zespół dziś gra i jakie płyty ma w dorobku. Wiele zespołów się rozwinęło ,ale to czego dokanał Chuck w płytach ,,Symbolic,, i The sound….budzi mój podziw i zachwyt. Słuchając aż duszę ściska czego ten człowiek mógł dokonać i nasuwa się pytanie co jeszcze by stworzył biorąc pod uwagę że to były lata 90. Ta płyta niewątpliwie brzmi jak The sound i w wielu momentach brzmi równie pięknie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *