Recenzja #43 PROPAGANDA “1234”

PROPAGANDA „1234”; 1990 Virgin Records

Trzeba od razu uczciwie przyznać, że sam w sobie tytuł ”1234” nie grzeszy specjalnie  wyrafinowaniem, nie wzbudza też wielkich emocji i raczej niewielu zachęci do sięgnięcia po tę płytę. Ale jak to przewrotnie i często w życiu bywa, takie pierwsze negatywne wrażenie może być bardzo mylące dla odbiorcy a jednocześnie krzywdzące dla twórcy. Innymi słowy, kto sugerował się tytułem, mógł się grubo przejechać, bo zawartość to naprawdę miła niespodzianka. Skoro już zrzuciliśmy ten przysłowiowy gruz w postaci ewidentnie niefortunnego (żeby nie powiedzieć dyskwalifikującego) tytułu, to teraz czas na jakieś konkrety.

Może przemilczę didaskalia burzliwych dziejów pięciu lat od wydania debiutu ”A Secret Wish”, aż do rzeczonego ”1234”, bo to mało pasjonująca historia całej serii przepychanek i utarczek sądowych między członkami zespołu a wytwornią płytową. Dość powiedzieć, że w finale prania tych brudów, z pierwotnego składu ostał się tylko… perkusista i jak to mówią: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wraz z nowym rozdaniem osobowym, przybytkiem inwentarza stała się wokalistka Betsi Miller. W tym miejscu muszę uczciwie przyznać, iż kiedyś przez chwilę byłem niezłomnie przekonany, że PROPAGANDA pochodzi z USA. Owo przekonanie brało się nie skądinąd, jak właśnie z faktu, że pani Miller legitymowała się amerykańskim paszportem i proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie i konsternację, gdy niedługo potem, okazało się, że moja prostacka wręcz dedukcja zdała się psu na budę, a właściwym krajem pochodzenia (ale niekoniecznie rezydencji) grupy są nasi zachodni sąsiedzi zza Odry.

Piękny głos Betsi Miller to zdecydowanie atut, obok którego trudno przejść obojętnie i nie przez przypadek  jest on w centrum uwagi. Jako neutralny słuchacz śmiem twierdzić, że jest to piękno zupełnie obiektywne. Żeby nie było nieporozumień, nie mam na myśli oryginalności głosu czy jakiejś fenomenalnej jego skali, po prostu taki relaksujący tembr sprawia, że czerpiemy czystą przyjemność ze słuchania. Tylko tyle i aż tyle. Faktem jest również, pewnego rodzaju niechęć fanów oryginalnego składu, do tego nowego wcielenia grupy i w szczególności do nowej śpiewaczki. Tu i ówdzie pojawiały się zarzuty braku charyzmy, jednak rzeczywistość nijak się ma do tych jałowych oskarżeń. Poprzednia wokalistka niczego by tutaj nie naprawiła, a to z jednej i prostej przyczyny, że Betsi Miller niczego nie psuje. Zresztą stylistyka obu płyt wydaje się mocno niekompatybilna w swojej formie i przekazie, czym można w zasadzie wytłumaczyć niesnaski w temacie de gustibus.

A jeżeli jesteśmy już przy porównaniach obu wydawnictw, okazuje się, że choć pierwsza płyta sprzedała się odrobinę lepiej, to ”1234” nie ma się czego wstydzić ze swoimi ponad 200 tysiącami sprzedanych kopii. Patrząc na ten album jedynie przez pryzmat księgowego, można wyczuć pewien niedosyt i to zarówno ze strony kierownictwa wytwórni Virgin (która, notabene, odwołała światowe tourne PROPAGANDY, jako powód podając niezadawalające wyniki sprzedaży krążka) jak i zwykłego słuchacza. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi ”1234” powinna katapultować PROPAGANDĘ do ekstraklasy światowej, a to, jak wszyscy doskonale wiemy, niestety nigdy nie nastąpiło.

Należałoby więc zadać pytanie, słusznie to czy niesłusznie? Ja twierdze, że zdecydowanie niesłusznie i zastanawia mnie ta swoista anomalia. Wszak na płycie znalazło się kilka naprawdę wyśmienitych singli, choćby takich jak: “Heaven Give Me Words”; “Wound In My Heart”; “Only One Word”; “A Vicious Circle” albo “How Much Love”. Jako spoiwo i echa przeszłości, można uznać utwór “Ministry Of Fear”, który pokazuje tę inną, pierwotną twarz PROPAGANDY. Produkcją zajęli się kompetentni ludzie, którzy wcześniej współpracowali z takimi tuzami świata pop, jak Tears For Fears, Human League, Paul McCartney, The Pretenders czy Howard Jones. Mocno syntezatorowe klimaty, bez kompleksów nawiązywały do najlepszych, w tym czasie tradycji popularnego grania elektronicznego, choć PROPAGANDĘ w tym wydaniu, zaliczyłbym raczej do tzw. szlachetnego popu. Pod względem artystycznym – schludnie, przyjemnie i przebojowo. Pod względem technicznym – nienagannie. Smaczki, jak np. gościnny udział Davida Gilmour’a (solo w “Your Wildlife”), melodie wpadające w ucho, ciekawe aranżacje, uroczy głos wokalistki – czego chcieć więcej? Wszystko to składa się na obraz płyty, ze wszech miar godnej sukcesu. A jednak czegoś zabrakło w tej układance, jakiegoś ulotnego czynnika, który sprawiłby, że ”1234” odbierano by na miarę jej potencjału…

Ciężko jest pisać o nieistniejącym bycie, a jeszcze ciężej o takim, którego mocno chciałoby się wskrzesić a przynajmniej oddać należny hołd. Nie jestem na tyle naiwny, żeby po niemal trzech dekadach od wydania płyty liczyć na cud, bo jeśli wtedy zabrakło szczęścia, to tym bardziej dzisiaj, po tylu latach, niemożliwe jest odrobienie takich strat. Jestem jednak dalece przekonany i będę się przy tej wersji mocno upierał, że mimo wszystko, większość z tych, którzy raz zadadzą sobie trochę trudu i posłuchają ”1234”, dojrzy w tym albumie materiał godny najlepszych ambicji ówczesnego popu. Warto zadbać, aby takie albumy nie zaginęły gdzieś w gęstych mrokach ignorancji, żeby nie zostały przysypane prochem zapomnienia i przykryte kolejnymi humorzastymi modami.

A.M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *