Recenzja #44 KSU “Pod Prąd”

KSU „Pod Prąd”;1988 Pronit

W ramach mocno elastycznych założeń taktycznych tej rubryki, prezentujemy albumy z praktycznie każdej istniejącej bajki muzycznej, jednak jak do tej pory (jeśli mnie pamięć operacyjna nie myli) nie mieliśmy tutaj przedstawiciela gatunku punk rock. Aby tradycji stało się zadość, czas więc nadrobić to drobne niedopatrzenie i oddać sprawiedliwość weteranom polskiej sceny z irokezem i glanami w tle.

W tym odcinku wybierzemy się w malownicze okolice bieszczadzkich rubieży, gdzie na szczycie ośnieżonej Tarnicy, w świetle watry i przy wtórze wilczych ech opowiemy o zespole z Ustrzyk Dolnych – KSU… No tak, chyba jednak trochę mnie poniosło w kwestii budowania tej atmosfery, ale historia tego zespołu jest tak nierozerwalnie wpisana w klimat górskich połonin, że naprawdę trudno się temu oprzeć.

Tak sobie myślę, że gdyby Siczka założył KSU w Stanach, to byłby to taki Green Day, tyle że powstały 11 lat wcześniej niż amerykańscy pobratymcy. Analogia w zupełności usprawiedliwiona, jeśli wziąć pod uwagę wykonywany gatunek i ewolucję, jaką przeszły obie grupy. Od cover bandu, przez pełnokrwisty (by nie rzec – prymitywny) punk rock, aż do zrębów własnego stylu ciągle opartego jednoznacznie na punku. Nigdy nie pretendowałem do miana znawcy tej sceny, a nawet usprawiedliwionym byłoby raczej stwierdzenie mojego, może nie skrajnego, ale wciąż, dyletantyzmu w tym temacie. Jakoś tak dziwnie się poukładało, że nigdy nie podniecały mnie te punkowe klimaty (choć były mi znane) i nigdy nie zawarłem bliższej znajomości z wydawnictwami spod szyldów The Exploited, Sex Pistols, Ramones, że o polskich wykonawcach typu Sedes czy Dezerter, nawet nie wspomnę. Bez jakiegokolwiek relatywizmu, a zarazem przewrotnie, ta sytuacja pokazuje jednak, jak uniwersalną muzykę proponowało i wciąż proponuje KSU. Nawet słuchacz spoza kręgu tych rdzennych i prawdziwych fanów punkowej rewolucji, z łatwością może tu odnaleźć coś dla siebie. Jedynym chyba warunkiem koniecznym do spełnienia jest brak jakiejkolwiek awersji na rockowe dźwięki i ewentualnie przymknięcie oka na, czasami dyskusyjną, fasadę tej subkultury.

Esencją stylu na płycie ”Pod Prąd” bezapelacyjnie jest talent gitarzysty (Eugeniusza Olejarczyka) do tworzenia świetnych melodii. Siczka jest założycielem i jedynym ocalałym, wciąż aktywnym członkiem z oryginalnego składu i to właśnie on odpowiada w całości za kompozycje grupy. Jak już wspomniałem wcześniej, kompozycje miały tę zaletę, że potrafiły budzić emocje a nawet porywać, swoją dziką, prostą energią (dziedzictwo punku!) i w związku z tym świetnie sprawdzały się na żywo, ale również, a może w szczególności, zadziwiały swoją melodyjnością. Tak, o dziwo większość utworów KSU można zapamiętać i zanucić, co wydaje się mocno nie do pomyślenia w wypadku innych przedstawicieli sceny punk, potocznie kojarzonej raczej z trzema akordami, prymitywnym brzmieniem i nadprodukcją znacznych ilości siermiężnego hałasu.

Co innego programowa anarchia i rebelia. Tutaj KSU od zawsze szło łeb w łeb z klasykami i prawilnością gatunku. Mocno zaangażowane teksty autorstwa Macieja Augustyna, dotykały tematów bliskich chyba każdemu młodemu człowiekowi w tamtych, schyłkowych dla komuny czasach. Tematów jakże reprezentatywnych dla większości zespołów punk rockowych (ale także metalowych i czysto rockowych). Polityka, społeczeństwo, wojna, obowiązkowa służba w armii i bardzo wdzięczny motyw napojów wysokoprocentowych – o tym wszystkim możemy posłuchać na tej i na wielu innych płytach tego podgatunku rocka. Właściwie każdy kawałek (bo chyba raczej nie utwór?) jest tu klasykiem.  Tytułowy ”Pod Prąd”; ”1944” z pamiętnym wersem, w którym pojawia się słynny pies Szarik i równie słynny Gustlik; tzw. seria alkoholowa z wiele mówiącymi tytułami: ”Jabolowe Ofiary”; ”Jabol Punk”; ”Pijany Gówniarz (nocą)”; typowo punkowy ”Liban”; proekologiczne manifesty ”Umarłe drzewa” i ”Ewolucja (w ścieku)”. Dla wielu obecnych 40-sto, a może i nawet 50-cio latków to były prawdziwe hymny i nie mam wątpliwości, że słuchając ich dzisiaj, przysłowiowa łezka niejednemu zakręci się w oku. Choć z drugiej strony, to też wygląda na jakieś kuriozum, żeby taki z założenia buntowniczo – awanturniczy punk rock budził łzawe sentymenty? Hm…

Nie można jednoznacznie stwierdzić, że ”Pod Prąd” to najlepsza polska płyta punk rockowa, bo byłoby to zbytnie uproszczenie. Nie znając wyników jej sprzedaży a umownie przyjmując to jako wyznacznik sukcesu, możemy takim stwierdzeniem krzywdzić innych wykonawców z tego podwórka, którzy być może zdołali sprzedać więcej egzemplarzy, choć zakładam też, że takie statystyki nigdy za bardzo nie interesowały ani wykonawców, ani fanów tego nurtu. Pewnie istnieją jakieś podziemne, kultowe wydawnictwa, o których autor niniejszego tekstu nie ma bladego pojęcia, a które cieszą się większą estymą wśród znawców gatunku, ale z punktu widzenia kogoś, kto skupia się raczej na wielowymiarowych wartościach muzycznych, a nie na szufladkowaniu tejże muzyki, to właśnie ten krążek dostarcza walorów, które wynoszą ów brudny, zapyziały, rozbrykany punk rock do miana Sztuki. Z takimi zasługami i takim dorobkiem KSU może spokojnie przejść do historii polskiej muzyki rozrywkowej i stanąć dumnie obok doborowego towarzystwa TSA, Lombardu, Turbo, Lady Pank, Niemena, Dżemu, Perfectu i kilku innych wykonawców.

A.M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *