Recenzja #46 KINO “Picture”

KINO „Picture”; 2005 InsideOut Music

Tak to już jest, jedne grupy działają systematycznie przez wiele wiele lat, inne – pomimo szumnych zapowiedzi – kończą swój marny żywot po jednym, góra dwóch albumach. Co rusz pojawiają się na scenie muzycznej (choć także w branży filmowej) projekty, które już z założenia są jednorazowym przedsięwzięciem, i z różnych powodów jest to jak najbardziej zdrowe podejście. Istnieje przecież bardzo wiele przykładów oniryczno – efemerycznych zespołów z jednym krążkiem na koncie, za to otoczonych dozgonną kultowością (MAD SEASON, TEMPLE OF THE DOG czy nasz rodzimy SVANN). Oczywiście takie założenie często bywa weryfikowane, chociażby niespodziewanym ogromem sukcesu komercyjnego albo wyjątkową presją ze strony fanów i wtedy często następuje zjawisko tzw. nieoczekiwanej zmiany miejsc – jednorazowy akt ewoluuje w pełnowymiarowy, pełnoprawny i regularny twór. Co ciekawe, w przypadku brytyjskiego KINO nie do końca można mówić ani o jednym ani o drugim z wymienionych powyżej scenariuszy. Mimo, iż rzeczywiście w zarzewiu miał to być pomysł powtarzalny, to na sequel debiutanckiego albumu trzeba nam było poczekać aż 13 długich lat. Pewnie nie jest to wyśrubowany rekord świata w tej mało chlubnej ”dyscyplinie”, ale w międzyczasie, właściwie chyba wszyscy zdążyli skutecznie zapomnieć o tej deklaracji członków zespołu, obiecującej dalsze wydawnictwa i po prostu uznali, że ”Picture” już na zawsze pozostanie takim precedensem bez kontynuacji. Fakt niedawnej premiery drugiej odsłony projektu KINO w postaci ”Radio Voltaire” oraz zeszłorocznego remasterowanego wznowienia ”Picture”, wydają się wręcz idealnym pretekstem do napisania tej recenzji i z czego z nieskrywaną przyjemnością skwapliwie korzystam.

Matka Natura nawet w świecie muzyki nie znosi próżni i od momentu ukazania się ”Picture” AD 2005 do dnia dzisiejszego, światło dzienne ujrzało naprawdę mnóstwo różnorakich znamienitych tytułów, o których można by śmiało powiedzieć, że są genialne, a co najmniej godne uwagi. Na pewno kilka z takich dzieł powstało też z udziałem członków pierwotnego składu KINO. A mówimy tutaj o nie byle kim, bo nazwiska John Mitchell, John Beck, Bob Dalton, Chris Maitland czy Pete Trawevas, posiadają swój znaczący w środowisku ciężar gatunkowy i projekty utożsamiane z nimi to też nie przelewki. Żartów nie ma: FROST, ARENA, TRANSATLANTIC, PORCUPINE TREE, IT  BITES, LONELY ROBOT – czy trzeba komuś szczegółowo przedstawiać te zacne szyldy? Chyba tylko fanom rapu, hiphopu i muzyki ludowej, ale ci raczej nie błądzą po sieci w poszukiwaniu tekstów o wynalazkach typu KINO i jemu podobnych. Skupmy się jednak na ”Obrazku” bo jest na czym.

Ze składników ogólnie dostępnych, znanych od dawien dawna, zdołali stworzyć coś, co nie przypomina gry znaczonymi kartami, bo niby wszystko tu znajome, niby gdzieś już kiedyś wszystko słyszeliśmy, ale w tym wydaniu, to nie jest objaw muzycznej kleptomanii a raczej finezji i polotu w operowaniu środkami wyrazu. Wszystkie ewentualne zapożyczenia z innych stylistyk zwracane są tutaj z ogromną nawiązką i osobiście gwarantuję, że poświęcenie tych kilkudziesięciu minut cennego czasu na wysłuchanie ”Picture” to znakomita inwestycja.

Generalnie (nie ujmując absolutnie nic pozostałym członkom) ”Picture” jest kolejnym przyczynkiem do i tak już wspanialej historii kunsztu Johna Mitchella i po wysłuchaniu tych dziewięciu utworów nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien mieć żadnych wątpliwości, że to wybitny muzyk i obowiązkowo należy wypowiadać się o nim w samych superlatywach. Tylko Wszechmogący na niebiosach raczy wiedzieć, skąd ten facet ma tyle pomysłów na tak melodyjne motywy gitarowe, ale też warto zwrócić uwagę na jego obiektywnie nieprzeciętne możliwości wokalne. Zresztą to, że nie uświadczymy tutaj ani jednego słabszego utworu (są tylko mniej lub bardziej interesujące), chyba najlepiej świadczy o jakości i ogólnym poziomie wydawnictwa. Czuć tutaj bardzo mocno i dosadnie ducha ARENY i LONELY ROBOT (solowego projektu Mitchella) i oczywiście należy to wziąć za dobrą monetę i nie doszukiwać się w tym fakcie ukrytych negatywnych motywów.

Dwa moje ulubione kawałki; ”Letting Go” i ”Leave a Light On” (od razu lojalnie ostrzegam, że oba bardzo trudno z własnej, nie przymuszonej woli, przestać nucić pod nosem) prezentują wręcz nieprzyzwoicie wysoki poziom w aspekcie kompozycji, dodatkowo są bardzo przyjazne radiowo, melodyjne, żeby nie powiedzieć, że to murowane hiciory. Jedynym problemem wydaje się fakt, iż niewiele komercyjnych rozgłośni radiowych zaryzykuje wejście na tak grząski grunt popu z wyraźnymi pierwiastkami znienawidzonego tu i ówdzie prog – rocka (albo prog – rocka z elementami popu?) i będzie raczej wolało pozostać na swoim oportunistycznym terytorium grania na okrągło przesłodzonych do bólu ”przebojów”. Ale cóż, właśnie takie są realia i nie ma się co na nie obrażać.

Nie sposób w krótkiej recenzji, ogarnąć całego bogactwa, wszystkich smaczków i subtelności tego wydawnictwa. Niecała godzina muzyki niezwykłej urody – gdybym musiał, chyba właśnie tak, w tym jednym krótkim zdaniu, podsumowałbym ”Picture”. Jeśli więc chcecie posłuchać płyty, która z całą pewnością nie skończy się gwałtem na narządach słuchowych, ani tym bardziej odruchami wymiotnymi, ślinotokiem i ścinaniem się białek ocznych, to nie pozostaje mi chyba nic więcej, tylko gorąco polecić ten album. Rzecz jasna tym, którzy znają temat, nie trzeba żadnych polecanek, ale ci, którzy z różnych powodów, nie mieli jeszcze okazji na spotkanie z KINO, mogą w pewnym sensie czuć się uprzywilejowani, bo nie ma chyba piękniejszego uczucia, gdy właśnie odkrywa się kapitalną nową muzykę/zespół i to pierwsze, lekkie zainteresowanie niepostrzeżenie przeradza się w pełną fascynacje ze wszystkimi pozytywnymi tego konsekwencjami… Można to jedynie porównać ze stanem świadomości dzika wjeżdżającego w środku lasu w kopiec żołędzi. Przyjemność w pierwotnej, niczym nieskażonej postaci.

A.M.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *