Recenzja #47 SOMNAMBULIST “Somnambulist”

SOMNAMBULIST „Somnambulist”; 1996 The Laser’s Edge

Ciekawostka? A jakże! SOMNAMBULIST  to twór tak niedefiniowalny i niedookreślony, a co za tym idzie na wskroś oryginalny, jak sama jego nazwa (somnambulik, to z łacińskiego lunatyk) czy też tajemnicza istota (stwór?) zdobiąca kopertę jego debiutanckiego albumu. I co najlepsze, na tym oryginalność grupy się nie kończy, gdyż to prawdziwie niecodzienne zjawisko to, co ma nam najlepszego do zaoferowania ujawnia wraz z bliższym poznaniem, zaznajomieniem się z  każdym, choćby najmniejszym fragmentem omawianego   krążka; a jest się czym zachwycać, bo to muzyka na wskroś oryginalna, nieszablonowa, nietuzinkowa,… choć – i to należy zdecydowanie podkreślić – nie jest to świat dźwięków, który zachwyci wszystkich bez wyjątku, o nie! Pierwsze skojarzenia (ciekawe czy tylko moje?) kierowały moje myśli, może nie automatycznie i mimowolnie ale jednak w stronę mistrzów z KING CRIMSON, i to z bodaj najbardziej owocnego okresu ich twórczości, z lat 70 – tych XX w. ze szczególnym uwzględnieniem tak wiekopomnych pozycji z ich wydawniczego katalogu, jak: „Larks’ Tongues In Aspic”, „Starless And Bible Black”, „Red”. Oczywiście wymieniona tu nazwa gigantów brytyjskiej sceny to jedynie drogowskaz, wskaźnik pomocny w ukierunkowaniu potencjalnego słuchacza na odpowiednie muzyczne tory. Pewien wszakże jestem, iż pełnię doznań wykraczających daleko dalej poza zwyczajową ekscytację materiał ten zafunduje zwolennikom tak niekonwencjonalnych formacji, jak: TOOL, PRIMUS, GORDIAN KNOT,…, VOIVOD z jego dojrzałego okresu, bowiem w przypadku „Somnambulist” stopień zadowolenia i fascynacji wzrasta wraz z każdym kolejnym jej przesłuchaniem. Można by rzec: wciąga powoli ale za to trwale uzależnia!  SOMNAMBULIST zadebiutował tym materiałem w roku 1996 i tak wyborny fonograficzny debiut teoretycznie, powinien wywołać pospolite ruszenie wielbicieli crimsonowskich dźwięków na sklepowe półki, wykupienie na pniu całego jej nakładu, a co za tym idzie zapewnić zespołowi nie tylko sukces komercyjny ale zwłaszcza możliwość dalszego rozwoju artystycznego z zupełnie innego pułapu, innej – lepszej perspektywy! Niestety tak się nie stało i album – mówiąc kolokwialnie – przepadł na rynku muzycznym. Bez należytej promocji nie można liczyć na dotarcie do szerokiego grona odbiorców i SOMNAMBULIST podzielił los wielu jemu podobnych zespołów. Być może na ten nieadekwatny do zawartości muzycznej odbiór miał także wpływ fakt, iż rok wcześniej, po 11 latach przerwy w działalności wydawniczej na rynek muzyczny z premierowym i bardzo dobrym materiałem („Thrak”) powrócił do grona żywych sam wzmiankowany już KING CRIMSON? Narażę się w tym momencie fanatycznym wyznawcom tego klasycznego zespołu ale uważam, że zawartość „Somnambulist” dostarcza takiej porcji znakomitych i podanych w zdecydowanie niekonwencjonalny sposób  dźwięków, iż może bez żadnych kompleksów stawać w szranki z największymi klasycznymi dokonaniami wyżej wymienionej formacji!  Nie żartuję! Mało tego: będę tej tezy bronił, jak niepodległości, z całą swoją zawziętością! Gdyby jednak ktoś miał jeszcze wątpliwości, to nadmienię, iż  piszę te słowa na trzeźwo i biorę za nie 100 % odpowiedzialności! Uważam, że już wówczas, na wysokości tego nadzwyczajnego debiutu Amerykanów z SOMNAMBULIST, mogła nastąpić bardzo naturalna zmiana pokoleniowa w tym jakże bardzo niepopularnym i niekomercyjnym nurcie muzycznym. Gdyby tylko ten album został dostrzeżony przez nieco szerszy krąg odbiorców, gdyby dano mu możliwość zaistnienia w świadomości pokaźniejszego gremium odbiorców, gdyby wytwórnia zdecydowała się na przeprowadzenie nie tyle większej, co jakiejkolwiek akcji promocyjnej,…  Dzisiaj można sobie jedynie pogdybać, co by było, gdyby? Fakty są bowiem takie, ze SOMNAMBULIST zabłysnął jeszcze tylko jedną muzyczną wypowiedzią (album „Paranormal Humidor” z roku 2001), po czym zaprzestał na dobre dostarczać nam (słuchaczom) przyjemności – niestety! Tak to już w muzycznym biznesie bywa, że wytwórnia niezależna + muzyka genialna, ale niszowa = zawsze wielka niewiadoma!

Ten album dostarcza nam nie tylko niekłamanej przyjemności ale zawiera także niezliczone pokłady muzycznego szaleństwa! Tutaj nie ma chwili wytchnienia, tutaj ciągle coś się zmienia, jakby czterech tworzących ten skład muzyków chciało za wszelka cenę dowieść, iż pokłady ich twórczej kreatywności były – przynajmniej wówczas, na etapie tworzenia i rejestracji tego materiału – nieskończone. Pogmatwane partie instrumentów, nagłe zmiany rytmu, to dla tej formacji normalka. Muzycy SOMNAMBULIST z olbrzymią łatwością przechodzą od metrum parzystego do nieparzystego w taki sposób, jakby wyssali tę umiejętność z mlekiem matki. Chaos (kontrolowany) i kakofonia, to pierwsze spostrzeżenie, jakie rzuca się w uszy niewprawnemu słuchaczowi. Ale te pozornie nie pasujące do siebie elementy muzycznej układanki z czasem zaczynają się tak doskonale uzupełniać, że po pewnym czasie album staje się jedną, niepodzielna całością w której każdy element ma swoje miejsce. Jednak do tej konkluzji dojdą jedynie najwytrwalsi słuchacze, ci którzy poświęcą tej płycie wiele czasu, gdyż debiutancki krążek SOMNAMBULIST, to album pełen zagadek, to album o wielu obliczach. Obok siebie sąsiadują syntezatorowe brzmienia z lat 80 – tych i organów z końca lat 60 – tych XX w. Jest klasycznie brzmiący fortepian (cudowna introdukcja do utworu „Multum In Palvo” zachwycić może nawet wybrednych wielbicieli muzyki klasycznej; podobny i być może jeszcze bardziej miażdżący efekt przynosi początek otwierającego całość „Frotus”); jest klawesyn – XV w. instrument, bardzo rzadko wykorzystywany przez współczesne zespoły rockowe (fantastyczna partia tego instrumentu w środkowej części utworu „Multum In Parvo”; jest saksofon („Prometheus Lament”), ale nie zapomniano także o ostrzejszych partiach gitary i przetworzonym, schizofrenicznym (sporadycznie) śpiewie Henry’ego Bonesa,… Jasne, że te elementy wydają się nam dziwnie znajome, gdyż to oczywiście składowe stylu tak charakterystyczne dla wymienionego już kilkakrotnie w tym opisie Wielkiego Zespołu, którego nazwy kolejny raz nie wypada już tutaj przywoływać, ale…  Wszystko to i wiele, wiele więcej znajdziemy na tym wybornym materiale. Można by rzec, że inspiracje zespołu widać jak na dłoni, zaś ten materiał traktować można, jako swoisty ukłon jego członków w kierunku grup i wykonawców, którzy ich swego czasu ukształtowali i miłość do pięknych, acz często nieoczywistych dźwięków zaszczepiali. Klimat lat 70 – tych XX w. jest niemal namacalny i to nie tylko dzięki wykorzystaniu melotronu czy organów Hammonda. Słuchacze dla których muzyka tworzona w tamtym czasie nie ma tajemnic będą dosyć często w trakcie „obcowania z tym materiałem” doznawać wrażenia swoistego deja vu. Bo weźmy choćby taki „Prometheus’ Lament” ze „zniekształconą” partią solową saksofonu, jakby żywcem wyjętą z najbardziej schizofrenicznego i niezapomnianego fragmentu „Schizofrenika XXI w.”, albo następującą zaraz po nim kompozycję „Torquemada” z fragmentem odegranym przez sekcję instrumentów dętych – czy nie przypomina do złudzenia tego ze sztandarowego dzieła CHUCKA MANGIONE, czyli kompozycji „Children Of Sanchez”. A czyż błogo nie robi się podczas słuchania „Pinocchio”, kiedy to po przepięknej fortepianowej introdukcji w dalszej jego części repryzę tematu podejmuje gitara, której brzmienie i wydobywane z niej frazy kierują w stronę jedynego w swoim rodzaju i niepowtarzalnego, jak mogłoby się wydawać brzmienia gitary camelowego czarodzieja – Andy Latimera? W kończącej album i zrazem najdłuższej na nim wielowątkowej kompozycji „Unlearning Folds Of Red” pojawia się, ni z tego, ni z owego – z zaskoczenia znaczy – benefisowa katarynka wzięta z… tak, tak, a jakże, z „Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza” pewnego zespołu na „B”. Tak, nie da się ukryć, że w konfrontacji z tym albumem przez długi czas słuchacz może poczuć się, niczym bezbronne, bezsilne dziecko. I nie piszę tego w kontekście sporej ilości pojawiających się tutaj muzycznych cytatów – ta muzyka po prostu może niejednego przytłoczyć majestatem swojego niezmierzonego piękna!

Początkowo ta muzyka, niczym okładkowy stwór odrzuca (fascynacja pojawi się później). Z czasem jednak, gdy już przebijemy się przez tę ścianę rozimprowizowanych, schizofrenicznych partii instrumentów, zaczynamy dostrzegać urok tej muzyki i przyzwyczajać się do jej niespotykanego charakteru – zaczynamy jej łaknąć! Te, oparte często o pozornie dysonansowe rozwiązania,  zdecydowanie wykraczają poza utarte schematy. Czuć wszechobecnego ducha zespołu Roberta Frippa, a wrażenie to potęguje się jeszcze bardziej wraz z kolejnymi muzycznymi odsłonami. Odniesienia do jazzu widoczne są w tych bardziej  „połamanych” aranżacjach i rytmie. Z jednej strony jest to rockowe eksperymentowanie wyrosłe z tradycji formacji tworzących scenę progresywnego rocka lat 70 – tych XX w., muzyka pełna rytmicznych i harmonicznych kontrastów, pełna niepokoju; z drugiej zaś – jak gdyby na zasadzie kontrapunktu – trafiło na ten album kilka kompozycji bardzo subtelnych, wyciszonych, oszczędnie zaaranżowanych ale, co nie mniej istotne, o wielkiej sile wyrazu. To także efekt dążenia całego zespołu w stronę osiągnięcia założonego wcześniej wspólnego celu. Takiego zaś efektu nie uzyskuje się legitymując się „jedynie” instrumentalną biegłością. Owa instrumentalna biegłość, czy wręcz wirtuozeria owszem, są ważne, ale aby osiągnąć takie efekty, jakie odkryje słuchacz na tym materiale, niezbędne jest swoiste poczucie jedności pomiędzy poszczególnymi ogniwami (członkami) zespołu, takie samo pojmowanie muzyki, taka sama wrażliwość na dźwięki, takie samo emocjonalne podejście do dźwiękowej materii,…, bo też ich gra, to gra zespołowa, myślenie zespołowe, pewna dyscyplina („Discipline”? A skąd my to znamy?), precyzja, brak zbędnych dźwięków. Materiał znajdujący się na tym krążku bezsprzecznie dowodzi tego, że ci panowie rozumieli się ze sobą znakomicie.

Pomimo niezaprzeczalnego fenomenu (gdyż w takiej kategorii należy wg. mojej oceny rozpatrywać ten album), pomimo bezdyskusyjnie wyjątkowego miejsca, jakie zajmuje ta pozycja w moim osobistym kąciku pamięci nazwa SOMNAMBULIST jest dla mnie w dalszym ciągu wielką enigmą. Próżno było szukać  wówczas, w momencie wydania tego kapitalnego, debiutanckiego albumu jakiejkolwiek wzmianki na temat zespołu, a obecnie to już chyba tylko nieliczne „nawiedzone” jednostki przechowują w zakamarkach pamięci nazwę tej nietuzinkowej grupy. Z dzisiejszej perspektywy dociekanie, który z mechanizmów zawiódł w skutecznym wypromowaniu tej nazwy i tego wydawnictwa nie ma już najmniejszego sensu – co się stało, to się nie odstanie! W tej muzycznej niszy w której – z własnego, nieprzymuszonego wyboru – przyszło zespołowi egzystować, raczej nikt o zdrowych zmysłach i takimż podejściu do kwestii biznesowych nie liczy na sprzedaż milionów egzemplarzy swojego produktu. W tej jakże niewiele mającej wspólnego z określeniem muzyka popularna czy też szerzej muzyka rozrywkowa stylistyce zdecydowanie łatwiej przychodzi zespołom uzyskanie statusu zespołu kultowego aniżeli sprzedaż na poziomie złotych czy też platynowych płyt. I nie chce mi się wierzyć, by członkowie SOMNAMBULIST mieli w tym temacie jakiekolwiek złudzenia.

Do kogo zatem adresowana jest artystyczna wypowiedź tego zjawiskowego tworu? Ten materiał zadowoli i oczaruje każdego słuchacza o bardziej wyszukanym  i wyrafinowanym muzycznym guście, zrażonego serwowaną nam, zwłaszcza w obecnych czasach, muzyczną papką, w ramach której znajomość czy umiejętność zagrania dwóch akordów uchodzi już za przejaw wirtuozerii i jest wyznacznikiem (o zgrozo!) muzycznego smaku.

Nasza długa i żmudna droga do zrozumienia idei przyświecającej kreatorom rzeczy wielkich, niemal zawsze bierze swój początek w ich pierwotnym niezrozumieniu, bądź braku zrozumienia, zaś kluczem do pełnego zrozumienia jest nasza cierpliwość, wrażliwość oraz, w nie mniejszym stopniu,  determinacja. Od tych czynników zależy powodzenie próby rozwikłania każdej zawiłej twórczej układanki. I uwaga: Tych umiejętności się nie dziedziczy, je się nabywa z wiekiem! To zdecydowanie nie jest pozycja w której można się zadurzyć już od pierwszego przesłuchania. Odkrywanie jej piękna może „niewtajemniczonym” (i to jest w muzyce piękne!) zająć sporo czasu… ale jakiż to będzie owocny czas!

K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *