Recenzja #48 “THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE “ARE YOU EXPERIENCED?”

The Jimi Hendrix Experience „Are You Experienced?”; 1967 Track

Pierwotnie w tym miejscu zamiarowałem poddać małej wiwisekcji inną płytę tego wyjątkowego  artysty, a mianowicie „Electric Ladyland”. Poczyniłem już nawet pewne kroki w tym kierunku, jednak… zmianę planów „wymusiła” na mnie lektura zamieszczonej niedawno w naszym cyklu recenzji albumu „Passion & Warfare” gitarowego wymiatacza, Steve Vai’a, autorstwa kolegi współredagującego tę rubrykę i legitymującego się inicjałami A.M. Wyborny ten poławiacz muzycznych perełek z nieprzebranych zasobów muzycznych wydawnictw, a także wybitny znawca wszelakich gatunków muzycznych, nade wszystko jednak maniakalny tropiciel wybitnych przedstawicieli gitarowej wirtuozerii, w jednym ze zdań tejże recenzji (cyt,: „Nic z tego, co wcześniej stworzył Steve i nic co powstało potem, nie zbliża się poziomem do kamienia milowego, jakim niechybnie jest ”Passion & Warfare”. To taki ekwiwalent ”The Extremist” Wielkiego Joe albo ”Are You Experienced” Jimi Hendrixa.”) jednoznacznie zasugerował, który album Jimiego Hendrixa uważa za ten naj…, niwecząc tym samym mój misterny plan. Tak się jakoś dziwnie składa, że nasze muzyczne gusta pokrywają się w jakichś 99,999…%, więc pomyślałem sobie: Może rzeczywiście ma koleś rację? Tym bardziej, że w przeciwieństwie do mnie laika, sam jest przecież gitarzystą. Może jeszcze nie takim z pierwszych stron fachowej prasy muzycznej ale to tylko kwestia czasu, kiedy  jego gitarowe umiejętności eksplodują a wszystkie sceny świata będą o niego zabiegać. Forsując swoją pierwotną koncepcję, popełniłbym swego rodzaju faux – pas względem dzielącego się w tej rubryce swoim talentem i spostrzeżeniami kolegi, któremu nie jestem godzien rzemyka u sandałów… A, nie, to nie ta historia i nie ten czas; chciałem napisać: któremu nie jestem godzien sznurówek u glanów zawiązać! Ta „wymuszona” zmiana planów pozwoliła uniknąć wspomnianej już niestosowności, zatem możemy już płynnie przejść od (zaniechanego) „Electric Ladyland” do (nieświadomie narzuconego) „Are You Experienced?”. Tym bardziej, że licytowanie się nad przewagą jednego materiału nad drugim porównać można do próby wykazania przewagi świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy.

Zastanawia mnie, dlaczego zdecydowana większość słuchaczy z dorobkiem Jimiego Hendrixa zaznajamia się dopiero wówczas, gdy mówiąc kolokwialnie, przerobi już całą klasykę rocka z LED ZEPPELIN, DEEP PURPLE, BLACK SABBATH, RAINBOW, THE DOORS, QUEEN,… na czele? Przecież to HENDRIX był pierwszy, to on był przed tymi wyżej wymienionymi rockowymi tuzami, on dał pierwszy impuls i sygnał dla całej rockowej rewolucji! Być może decydującym czynnikiem jest – było, nie było ale jednak – mniejszy stopień przystępności w odbiorze jego muzycznych dokonań? A może dlatego, iż przez długie lata w obiegowej opinii funkcjonowało przekonanie, że HENDRIX to twórca, którego muzyczna spuścizna kierowana jest w głównej mierze do wąskiego grona reprezentantów gitarowego rzemiosła, tudzież dla ludzi zafascynowanych techniką gitarową. Ta grupa zdecydowanie bardziej doceniała znaczenie HENDRIXA – gitarzysty, aniżeli HENDRIXA – kompozytora. Takie dywagacje tej kwestii nie rozwiążą, a HENDRIXA – czy się to komuś podoba czy nie – znać trzeba i kropka!

HENDRIX jest sprawcą prawdziwej rockowej rewolucji! Bez większego ryzyka można przyjąć, iż wszystko co powstało po tym geniuszu, nosi jego piętno. Ten muzyczny geniusz już wydając debiut swojej grupy osiągnął to, czego pragnął i o czym marzył będąc początkującym, nieznanym szerzej muzykiem – mieć własny, rozpoznawalny styl muzyczny, a co za tym idzie: sygnować swoim nazwiskiem muzykę, która będzie w stanie wstrząsnąć światem rocka! I udało mu się to szybciej, niż mógł przypuszczać, ciesząc się nie tylko całkowicie zasłużonym uznaniem festiwalowej społeczności ale także – co nigdy nie jest taką oczywista oczywistością – zyskał ogromne uznanie w oczach wielkich i niezwykle uznanych już wówczas osobistości świata rocka takich, jak: Frank Zappa, Eric Clapton, Eric Burdon,… czarodziej nowoczesnego jazzu, Miles Davis czy inny wielki przedstawiciel tego gatunku w osobie Gila Evansa. Jimi był postrzegany, jako muzyczny perfekcjonista. Swoją olśniewającą karierę zrobił w przeciągu zaledwie jednego (1967) roku! Właściwie już latem wspomnianego roku, po występie na Monterey Pop Festival, jego grupa (choć w rzeczywistości chodziło o jego osobę), królowała po obu stronach Atlantyku! Jeśli chodzi o kwestie realizacji swoich muzycznych ambicji – nie był naiwniakiem. Nie oczekiwał, że każdy słuchacz go zrozumie, pojmie przyświecające mu intencje, podąży jego muzyczną ścieżką – i to jak rewolucyjną ścieżką! Dość powiedzieć, że już tytuł debiutanckiego longplaya, był co najmniej dwuznaczny: „Are You Experienced?” (w wolnym tłumaczeniu: Czy już spróbowałeś?), choć twórca zastrzegał się, iż niczego złego nie miał na myśli. Może i tak, choć na albumie znaleźć można jeszcze inne wątki tekstowe, które tej autorskiej nieświadomości stanowczo zaprzeczają, czego przykładem utwór „Purple Haze” (Purpurowa mgła). Tekst nie jest długi więc może warto go w tym miejscu przytoczyć: „Purpurowa mgła opanowała mój umysł / W ostatnim czasie nie potrafiłem postrzegać już niczego w ten sam sposób / Wszystko wydawało mi się zabawne, choć sam nie wiem czemu? / Uwalniam się od niej w chwili, gdy całuję niebo * Wszędzie wokół purpurowa mgła / Nie mam pewności czy nadciąga od spodu czy z góry / Nie wiem już czy jestem szczęśliwy czy nieszczęśliwy? / Czymkolwiek to jest, przylgnęło do mnie, gdyż owa przedziwna dziewczyna rzuciła na mnie urok * Purpurowa mgła zagnieździła się w moich oczach / Nie sposób rozeznać czy jest właśnie dzień czy noc / Ona uderzyła we mnie, zajęła mój mózg / Czy to już kolejny dzień czy po prostu czas dobiegł końca?” * Ta „mleczna sceneria” stanowi (rzekomo) opis snu, jakiego wcześniej sam autor doświadczył. Spacerował w nim – jak sam twierdził – po dnie morza. Bardziej wyglądało to na spacer po dnie… mglistego morza, ale mniejsza o to. Nie mogło wówczas dziwić, że taki tekst wyszedł właśnie spod jego ręki, wszak już wówczas HENDRIX uchodził za człowieka… mocno nie radzącego sobie z alkoholowo – narkotykowym nałogiem. Zważywszy na czasy w jakich powstawał ten utwór (szalone lata ruchu hipisowskiego), zarówno to pytanie zawarte w tytule, jaki i owa purpurowa mgła, mogły się bardzo mocno kojarzyć z tym, co stało się największą zmorą rockowej elity tamtych czasów. Kolejnym przykładem utworu z którego także nie wieje optymizmem jest „Manic Depression”; w tym przypadku już tytuł mówi sam za siebie. Analiza zawartości tekstowej „Are You Experienced?” wskazuje, iż obok narkotycznych urojeń we wspomnianym „Purple Haze” zostajemy wciągnięci w temat zazdrości i zbrodni w przesławnym „Hey Joe”; nie unikniemy także seksualnej prowokacji w podszytym erotyzmem (w stopniu większym) „Foxy Lady’ i ( w stopniu mniejszym) „Fire”. Te utwory bulwersować musiały już samą tematyką, a gdy dodamy do tego niespotykany wcześniej sposób gry na gitarze, trudno się dziwić opiniom uznającym „Are You Experienced?” za jeden z najbardziej zadziwiających debiutów w historii rocka. Tyle o warstwie tekstowej, bo – powiedzmy sobie szczerze: Jimi Hendrix poetą rocka raczej nie był i tego, co w jego twórczości najważniejsze, szukać jednak należy w osnowie muzycznej, a zatem: Zbudowane na efektownych, ciętych riffach gitarowych urozmaiconych wieloma wtrąconymi tematami nadającymi im swobodną formę, są: „Foxy Lady”, „Manic Depression”, „Fire”, „Purple Haze”. Często też ostre motywy zostały skontrastowane z łagodną kantyleną („Purple Haze”, „Fire”). Umiejętnie podciągając struny, HENDRIX uzyskał wydłużony efekt zmieniającej się wysokości dźwięku i stworzył w tych nagraniach  własny styl improwizacji oparty na jakby stojących brzmieniach („Manic Depression”, „Foxy Lady”). Najbardziej wodze fantazji HENDRIX popuścił w harmonicznym „Third Stone From The Sun” w którym skumulowane zostały wszystkie wymyślone przez niego sposoby artykulacji dźwięku.

To, co HENDRIX wniósł do rockowego świata, wydaje się być dzisiaj czymś oczywistym stanowiąc nieodłączną część tego rodzaju twórczości. I już choćby to stanowi największy komplement, najpełniejsze potwierdzenie wielkości tego szalonego gitarzysty. Zapamiętamy jego styl gry, jako „pozornie niechlujny” niemniej jednak z pełną niuansów artykulacją, które w połączeniu z niezwykle oryginalnym brzmieniem dają efekt wręcz nie do podrobienia, niezwykle trudny do skopiowania. Bo Jimi, to przede wszystkim genialne czucie frazy, kapitalne riffy, niczym nie skrępowana swoboda w grze oraz ciągłe szukanie nowych inspiracji. Patrząc z dzisiejszej perspektywy „wyposażenie” Mistrza może wydawać się nadzwyczaj ubogie i archaiczne, używał bowiem jedynie gitar Fender Stratocaster (chociaż był leworęcznym gitarzystą, grał na gitarze przeznaczonej dla praworęcznych – jego gitary miały przełożone struny). Mogło to wydawać się komiczne ale zważywszy na to, iż HENDRIXA postrzegano, jako gitarzystę nie z tej galaktyki, należy raczej przymiotnika: kosmicznie! Zawsze wierny najbardziej klasycznym z klasycznych wzmacniaczom firmy Marshall. Dodatkowo w skład jego muzycznego niezbędnika wchodziło jeszcze tylko kilka uchodzących wówczas za nowinki techniczne efektów dźwiękowych: na estradzie wspomagał się regulowanym przy pomocy stopy urządzeniem Dallas – Arbiter Fuzz Face, Univox Univible, które dawało efekt kontrolowanego wirowania dźwięku; efektem  wah – wah firmy Vox oraz specjalnie skonstruowanym dla niego urządzeniem o nazwie Octavia, które pozwalało na zmianę oktawy za jednym dotknięciem. Tylko tyle albo aż tyle wystarczyło w drugiej poł. lat 60 – tych XX w. by elektryzować koncertową publiczność i z pewnością wystarczyłoby to HENDRIXOWI i dzisiaj, gdyby tylko wciąż żył i tworzył. To, co zdążył za swojego krótkiego życia nagrać stanowi istną studnię bez dna dla inspirujących się jego dokonaniami gitarzystów. I kto wie dokąd zawiodłyby HENDRIXA (a co za tym idzie cały świat rocka) te poszukiwania i eksperymenty przeprowadzane przez niego na muzycznej tkance, gdyby nie bezsensowna, bo przywołana niejako na własne życzenie śmierć muzyka, która to wszystko tak drastycznie zakończyła.

* – tłumaczenie własne, a zatem obarczone znacznym stopniem ułomności,… jak wszystko, co wychodzi spod mojej ręki.

K.F.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *