Recenzja #52 CeaSerin “Where Memories Combine”

CeaSerin – “Where Memories Combine” ; 2004 HeavenCross Records

Jakoś tak wyjątkowo długo i mozolnie trwały te moje przymiarki do opisania tego albumu, aż w końcu postanowiłem już dłużej nie zwlekać. I bynajmniej nie chodziło o zwykłe pospolite lenistwo, ani tym bardziej o świadomość, że przecież raczej nikt tutaj nie czeka na każdą kolejną recenzję jak przysłowiowy marynarz na przepustkę. Oczywiście chlubnym wyjątkiem jest tutaj szanowny kolega K.F., gubernator tej rubryki, znany w półświatku jako niedościgniony mistrz ciętej riposty, wisielczego humoru i tytan prześmiewczo – ironicznego stylu pisania. Otóż, jak wieść gminna niesie, nawet Rzecznik Praw Obywatelskich jest istotnie zaniepokojony horrendalną wręcz ilością, powstających jak grzyby po kwaśnym deszczu fanklubów twórczości kolegi K.F. Osobiście, ta zasłużona popularność mnie w ogóle nie zadziwia, gdyż kunszt z jakim posługuje się on piórem/klawiaturą i językiem ojczystym, muszą budzić respekt, tudzież popłoch wśród dziennikarskiej braci. Tak więc z czystym jak łza sumieniem i ze zdrowym poczuciem, że tak czy siak, zostanę wciągnięty dziurką od nosa, mogę spokojnie zająć się zaczarowanym kuferkiem progresywno – metalowej obfitości w postaci ”Where Memories Combine”.

Zarówno okładka jak i sam tytuł mogą, przynajmniej częściowo, posłużyć za swego rodzaju drogowskazy w gęstej mgle i sugerować przynależność do gatunku, przed którym to – o dziwo – CeaSerin broni się wszystkimi kończynami. Żeby jednak nie wpaść do słoika z etykietą prog – metal, nawet uwarzyli na swój użytek mocno dyskusyjne określenie „mercurial metal” (cokolwiek miałoby to oznaczać). Akurat w tym aspekcie, nie do końca rozumiem sens takich wysiłków, bo jeśli spojrzeć na CS jako na przedstawiciela tegoż prog – metalu, to okaże się, iż grupa niechybnie wyłamuje się z utartych schematów i może być nawet uznana za relatywnie świeży powiew w stylu, a co potraktowałbym w tej sytuacji za komplement dużej wagi. Zresztą publika wie swoje, jest przekorna (żeby nie powiedzieć cwana) i raczej odporna na tak sformułowane pobożne życzenia zespołu i jednoznacznie stwierdza: metal progresywny i basta! Skoro ustaliliśmy już fakty dokonane, co do położenia szuflady, w którą śmiało można wrzucić CeaSerin, przejdźmy do samej muzyki.

Jeżeli miałbym używać naprzemiennie terminów: ambitne i elokwentne, w odniesieniu do dźwięków tworzonych przez ten enigmatyczny – było nie było – zespół, nie byłoby to najmniejszym nawet nadużyciem czy przesadą. Duet Jay Lamm i Keith Warman napisał w 2004 materiał, z którym może stanąć w szranki i konkury z największymi tuzami tego świata (no może nie całego, ale przynajmniej tej części zorientowanej na progresję). Tego albumu, to już nawet nie można nazwać policzkiem wymierzonym konkurencji, a jeżeli już, to raczej potężnym, powalającym na deski podbródkowym. Zatem jak to się stało, że ten wyśmienity krążek, jak wiele innych w podobnej sytuacji, po prostu zaginął gdzieś w odmętach muzycznego wszechświata? Jeżeli za punkt odniesienia przyjąć Dream Theater, Evergrey, Fates Warning albo Pain Of Salvation to okaże się, że CS absolutnie nie ma się czego wstydzić, a w pewnych aspektach nawet lekko przerasta niektóre z tych znanych i mocno lubianych rock – maszyn. Broniąc powyższej tezy proponuję przeprowadzić bardzo prosty eksperyment: Jeżeli po pierwszych 240 – stu sekundach otwierających (dla mniej obeznanych z dużymi wartościami i mających niejaki problem z przeliczaniem: 240 s = 4 min) „Where Memories Combine” nie będziecie w żaden sposób zainteresowani tą muzyką, to nie ma chyba większego sensu, by zagłębiać się w jej istotę głębiej. Ważne, by zdać sobie sprawę, że CeaSerin to w zasadzie zespól niezależny, bo wytwórnia dla której nagrywają, to w istocie maleństwo, a to przekłada się wprost na oczekiwania i oceny. Nie sądzę jednak, aby ktokolwiek brał sobie zbyt mocno do serca, to skrajnie niekorzystne położenie zespołu. Cóż, świat jest okrutny w tego rodzaju sprawach i nie ma sentymentów, po prostu albo jesteś w prężnej (i dużej!) wytwórni i korzystasz garściami z jej dobrodziejstw finansowo – promocyjnych i wtedy wiedzą o tobie wszyscy zainteresowani albo nagrywasz w lichej oficynie i nawet znakomity materiał nie ma szans na przebicie się w tej nierównej walce bez jakiejkolwiek gwarancji sukcesu. Wracając do płyty – bohaterki mojej dzisiejszej opowieści z mchu i paproci, zasadniczo nie stawiam na piedestale tekstu jako części składowej płyty, raczej skłaniam się ku jego roli drugo, a nawet trzecioplanowej. W przypadku CeaSerin teksty nie są jakimś prostackim, spisanym na kolanie, przypadkowym zlepkiem słów, opowiadającym o wszystkim i o niczym, tak ażeby tylko zapełnić niezbędne wersy utworu. Tutaj już śmiało, z otwarta przyłbicą można mówić o Poezji i mimo, że niektórzy reagują gwałtowną alergią na ten termin, to chyba warto jednak docenić te chwalebne wysiłki Jaya Lamm’a. Nie ukrywam, że nie jest to dla mnie koncepcja jasna, prosta i przejrzysta, bo jeśli próbować dociekać sensu tych wszystkich abstrakcyjnie złożonych i głębokich filozofii, to w finale okaże się, że po prostu zwyczajnie nie dajemy rady (a przynajmniej ja nie bardzo). Ale gdyby – czego wykluczyć nie sposób – zdarzyło się tak, iż komuś będzie za mało, to można Jay’a również poczytać, jako jednego z autorów, niedawno wydanej antologii pt.”State of Horror”. Ot taka ciekawostka.

Są tacy, którzy twierdzą z przekonaniem bliskim pewności, że ignorancja jest błogosławieństwem; czego oczy nie widzą (tudzież uszy nie słyszą) tego sercu nie żal itd. Niestety, albo właśnie stety, należę do grona tych osobników, którzy raczej optują przeciwko tak postawionej tezie i wolą aktywnie wetknąć palucha w trybiki maszynerii by poczuć na własnej skórze, co tam w trawie – nomen omen – gra i piszczy. Dzięki takiemu podejściu natknąłem się między innymi na CeaSerin i kilka innych szlachetnych perełek ze świata muzyki, i nic to, że przerzucając przy tej okazji tony pseudo – artystycznego ścierwa, bo jednak zdecydowanie warto było. Naprawdę nie chciałbym tu uchodzić za dyżurnego narzekacza ale nijak nie da się ukryć prawdy, że CeaSerin to kryminalnie wręcz niedoceniony projekt, szczególnie jaskrawo jest to widoczne, gdy spróbujemy go zestawić z niektórymi (podkreślam: niektórymi) „multiplatynowymi” produkcjami wspomnianego już wcześniej wielkiego Dream Theater. Przykro to pisać w tym kontekście, bo DT to firma, którą mocno sobie cenię, ale pierwsze, co uderzy nas bez ostrzeżenia i z całej siły, to świeżość i polot, jakie biją z tych nagrań autorstwa CS, w porównaniu z jałową sztuką dla sztuki, jaką ostatnimi czasy uprawia utytułowany nowojorski kwintet. Umarł Król? No cóż, niech póki co, spoczywa sobie w pokoju, a ja nieśmiało, aczkolwiek stanowczo, proponuję wszystkim entuzjastom zapisać sobie nazwę CeaSerin w kajetach, notatnikach, sprayem na ścianie bloku, na twardych dyskach albo po prostu wytatuować na plecach i ramieniu, a to wszystko po to, żeby nie zapomnieć o tych amerykańskich twórcach i w przyszłości być gotowym na kolejne ciosy z ich strony.

A.M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *