Recenzja #57 THIS MORTAL COIL “Filigree And Shadow”

THIS MORTAL COIL „Filigree And Shadow”;1986 4AD

Pomysł na poświęcenie tej odsłony naszego cyklu tajemniczo brzmiącemu i niepowtarzalnemu projektowi THIS MORTAL COIL zrodził się bardzo spontanicznie, choć podwaliny pod niniejszy tekst położyłem (wówczas nie przewidując jeszcze takiego obrotu sprawy, a zatem bez chłodnej kalkulacji) w poprzednim „pomnikowym wejściu” poświęconym JULEE CRUISE i jej niezapomnianemu „Floating Into The Night”. W kończącym go zdaniu, pośród kilku wymienionych przeze mnie nazw i wykonawców pojawiła się właśnie ta: THIS MORTAL COIL. Ale głównym bodźcem stymulującym mnie do podjęcia tego tematu stanowiła po raz kolejny… pora roku. Od poprzedniej publikacji to właśnie ona stanowi najistotniejszy czynnik decydujący o wyborze kandydatki do miana Muzycznego Pomnika. Przyznam się bez bicia, że w miesiącach najintensywniejszego operowania promieni słonecznych ten i jemu podobne w klimacie albumy nie goszczą w moim odtwarzaczu zbyt często. Jesień, zwłaszcza zaś listopad, który w naszej chrześcijańskiej świadomości i tradycji  poświęcony jest pamięci zmarłych, tudzież refleksji o naszym ziemskim przemijaniu sprawia, iż w tym okresie właśnie takie dźwięki, jakie proponuje nam ŚMIERTELNY KRĄG odnajdują bezbłędnie drogę do świadomości słuchacza i potrafią się w niej na dłużej zagnieździć. Trzeba tylko dać im szansę! Bo „Filigree And Shadow” to podróż w inny, odrealniony i spowity tajemniczą aurą wymiar, wyprawa do krainy snu, w świat marzeń o miłości, w świat strachu – nierzadko groteskowo wyolbrzymionego – przed samotnością, niepewnością i rozpaczą… Nie jest to zatem świat rozkoszy ziemskich, choć początek albumu – zapewne dla większego kontrastu – wita słuchaczy odgłosami wiosny.

Można rzec, iż wraz z powołaniem do życia muzycznego projektu pod nazwą THIS MORTAL COIL słowo ciałem się stało, a właściwie marzenie szefa wytwórni 4AD rzeczywistą, fizyczna formę przybrało! Spełniła się bowiem wizja Ivo Watts – Rusella, której założeniem było doprowadzić do współpracy pod jednym, wspólnym szyldem, członków wszystkich zespołów skupionych wokół tej niezależnej wytwórni płytowej. Dla samego Ivo oraz rosnącej w owym czasie szybko rzeszy wielbicieli wszystkiego co wychodziło spod skrzydeł 4AD, taki mariaż należało rozpatrywać w kategorii zjawisk niemalże metafizycznych. Inna sprawa, że takie nagromadzenie gwiazd niezależnej sceny niczego wielkiego nie gwarantowało: mogło, ale wcale nie musiało przynieść zakładanego, wielkiego rezultatu na miarę osobowości pod szyldem TMC występujących. Historia muzyki zna takie przypadki, gdy tego typu szumnie zapowiadane przedsięwzięcia spalały na panewce. Gwiazdy zamiast – zgodnie ze wcześniejszym założeniem – ze sobą tworzyć, walczyły między sobą o prymat, o to której i w jakim stopniu uda się narzucić własną wizję muzyczną, której uda się przeforsować jak największą ilość własnych pomysłów, słowem: która ze stron odciśnie na wspólnym projekcie jak największe piętno własnej indywidualności? Gronu powołanemu przez Ivo udało się jednak powściągnąć autorytarne zapędy i stworzyć coś niewiarygodnie pięknego i zjawiskowego! Na wydanej – a jakże by inaczej – jesienią 1983 roku pierwszej płycie tego projektu  zatytułowanej „It’ll End It Tears” podopieczni 4AD, zgodnie z wolą „organu założycielskiego”, przedstawili nie swoje własne lecz cudze kompozycje pochodzące z lat 70 – tych ub. wieku, stanowiące własność intelektualną muzyków bądź to zapomnianych, bądź nigdy jakoś specjalnie szerzej nie znanych, takich jak: Roy Harper, Colin Newman, Alex Hilton, Tim Buckley czy też grupy Rema – Rema. Zna ktoś może grupę Rema – Rema? Rączki do góry! Nie widzę, więc chyba nie jestem jedynym, któremu ta nazwa nie mówi kompletnie nic? TMC potrafili z tej muzyki wydobyć to, co ponadczasowe, co najbardziej charakterystyczne dla danego twórcy, co najzwyczajniej w świecie zasługiwało na otrzymanie nowego (drugiego) życia. To także swoisty hołd dla tych, którzy przed laty tworzyli rzeczy wykraczające poza ówczesne standardy. To tyle na dzisiaj w temacie „It’ll End It Tears”. Mam nadzieję, ze jeszcze kiedyś (koniecznie jesienną porą!) dane mi będzie rozwinąć w szerszym zakresie temat tego wydawnictwa i poddać go staranniejszej obróbce amatorsko – recenzenckiej, gdyż bezapelacyjnie jest tego warta, natomiast dzisiaj… dzisiaj najważniejsza jest „Filigree And Shadow” – druga płyta w króciuteńkiej, bo liczącej zaledwie trzy pozycje dyskografii THIS MORTAL COIL. Zatem: do rzeczy!

Drugi akt tego projektu chyba nie mógłby nosić znamion tak jednorodnego i przemyślanego w każdym szczególe dzieła, gdyby nie osoba koordynatora wszystkich jego ruchów i poczynań, Ivo Watts – Rusella. On to bowiem, nie będąc bezpośrednio zaangażowany jako twórca w artystyczną stronę przedsięwzięcia ale w umiejętny i sobie tylko znany sposób, wykorzystując talent i kreatywność powołanych przez siebie ludzi („wybrańców”), realizuje swoją wizję przedsięwzięcia, którego ziarenko zakiełkowało w jego umyśle wcześniej czas jakiś. Pozwalał zebranym przez siebie twórcom o niebanalnej muzycznej wyobraźni, bez skrepowania rozwijać ich twórcza kreatywność i tworzyć części, które sam później łączył (za pomocą konsolety) wykorzystując swoją pozycję i intuicję, rzecz jasna, w usystematyzowana całość. TMC tworzy swoje muzyczne impresje w subtelny, delikatny, odrealniony sposób. Płyta powstawała spontanicznie. Każdy, kto przychodził do studia proponował coś nowego, coś swojego, natomiast Ivo skrzętnie wszystkie te pomysły rejestrował na taśmach nie pozwalając, by w tak owocnym procesie „zawieruszył” się jakikolwiek, najmniejszy nawet fragment, który w konsekwencji mógł okazać się ważnym elementem całości lub ogniwem ją spajającym. Kto uważnie wsłucha się w „Filigree And Shadow” zauważy, że w różnych momentach albumu powracają pewne tematy melodyczne oraz motywy instrumentalne. To one właśnie decydują o tym, iż w trakcie słuchania całego materiału towarzyszy nam nieodparte wrażenie obcowania z muzyką ilustracyjną do… nieistniejącego jednak filmu. Obecność na pierwszym albumie osobowości pokroju Elizabeth Fraser oraz Lisy Gerrard spowodowało odciśnięcie ponadnormatywnego piętna na „It’ll End In Tears”, co w sposób oczywisty rzutowało na postrzeganie tego projektu przez pryzmat ich twórczości; spora część słuchaczy łączyła je z dokonaniami Cocteau Twins i Dead Can Dance, a przecież nie tego oczekiwał i nie tego chciał Ivo. Pomny tego doświadczenia, a nade wszystko nie chcąc powtórzyć błędu muzyków tworzących przez lata kolejne wersje jednej płyty, do nagrania kolejnego albumu zaprosił innych, mniej znanych muzyków. I tak na „Filigree And Shadow” ze starego, obecnego przy realizacji pierwszego albumu składu pozostali jedynie: Simon Raymonde (Cocteau Twins), Marc Cox ( The Wolfgang Press), Steven Young (Colourbox), John Fryer, a także wiolonczelista, Martin McCarrick i skrzypek, Gini Ball. Ale to swoiste przewietrzenie składu oraz zasilenie go nowymi twarzami nie oznaczało drastycznego zerwania z nieodległą przecież przeszłością, czego dowodem choćby łącznik pomiędzy tym i pierwszym albumem TMC. Temat kończący „It’ll End In Tears” pojawia się jako jego repryza w dosyć krótkim odstępie czasu po uruchomieniu krążka.  A i muzycznie, rzec by można kolokwialnie, pozostało po staremu. To znaczy, na warsztat wzięto już tradycyjnie utwory mało znanych i niedocenianych wykonawców, by nadać im nowa formę, przerabiając na swój momentalnie rozpoznawalny język, język made by 4AD! „Come Here My Love” Vana Morrisona, „Strenght Of Strings” Gene’a Clarka, „The Jeweller” Toma Rappa (Pearls Before Swine), „Drugs” Davida Byrne’a (Talking Heads), najprawdziwsza perła „My Father” Judy Collins oraz dwa utwory Tima Buckleya, „Morning Glory” oraz „I Must Have Been Blind”, to kolejna porcja odkrytych na nowo (a dla większości słuchaczy słyszanych po raz pierwszy) wspaniałych, zapomnianych kompozycji. To nie przypadek, że zarówno na pierwszym longplayu, jak i na tym omawianym projekt Ivo Watts – Russela wsparł się kompozycjami przedwcześnie zmarłego twórcy i poety Tima Buckleya. Szef 4AD uwielbiał bowiem jego twórczość, czego dowodem była zamieszczona na stronie B pierwszego singla i jednocześnie pierwszego wydawnictwa sygnowanego nazwą THIS MORTAL COIL utworu „Song To The Siren” pochodzącego z jego repertuaru. Świetną robotę wykonał (niejako w zastępstwie Elizabeth Frasser) dysponujący niezwykle specyficznym, na wskroś oryginalnym i niepodrabialnym głosem, Dominic Appleton z zespołu Breathless. Cudownie współbrzmią z refleksyjnym nastrojem zbudowanym na dźwiękach skrzypiec, wiolonczeli i fortepianu głosy nowych talentów „dyrektora artystycznego” całego przedsięwzięcia w osobach sióstr Rytkowskich: Deidre i Louise oraz Alison Limerick i Caroline Seamon.

I cóż, pozostaje mi życzyć wszystkim, którzy zechcą zmierzyć się z tym materiałem wytrwałości w zgłębianiu tych dźwiękowych osobliwości. A cierpliwość będzie tu nieodzowna, gdyż – pomijając już zupełnie klimat i tempo w jakim rozwijają się zamieszczone na tym materiale kompozycje – płyta trwa aż 74 minuty, co jak na standardy lat 80 – tych XX wieku, zwłaszcza w muzyce niezależnej, było często mylnie (co na tym przykładzie widać doskonale) łączone z muzyczną „niestrawnością”. „Filigree And Shadow”, to w głównej mierze dzieło utkane z dozowanych z niemal aptekarską dokładnością składników: delikatnej, wysublimowanej elektroniki (sekcja rytmiczna występuje tutaj w śladowych ilościach) melancholii i smutku, a najlepiej do wykreowania takiej atmosfery nadają się skrzypce i wiolonczela. To bardzo smutna płyta. I bardzo osobista. Mimo iż jednorodna stylistycznie, nie powoduje uczucia znużenia.

                                                          K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *