Recenzja #67 METAL CHURCH – “Blessing In Disguise”

METAL CHURCH – “Blessing In Disguise” ; 1989 Electra/Asylum Records

Nie zamierzam wcale ukrywać swoich fascynacji tym zespołem, a zwłaszcza jego muzycznymi dokonaniami poczynionymi w pierwszym okresie działalności grupy i obejmującym pięć albumów („Metal Church”, „The Dark”, „Blessing In Disguise”, „The Human Factor”, „Hanging In The Balance”). Do dzisiejszej prezentacji wybrałem LP nr.3, czyli „Blessing In Disguise”. To bardzo pokaźna, bo niemal 55 min. dawka metalowych uniesień, na najwyższym z możliwych do zaoferowania przez tak doświadczonych muzyków poziomie artystyczno – wykonawczym. W dodatku materiał został obleczony w długie, epickie i monumentalne formy, a do takich rozwiązań sam kunszt i techniczna biegłość muzyków, niestety nie wystarczą – niezbędny do tego jest talent i niesłychana wyobraźnia! Nie muszę chyba dodawać, że METAL CHURCH wszystkie te cechy posiadał i to w ilościach wywołujących zazdrość u innych współtworzących metalową scenę zespołów. Choć w metalowym światku sekcja rytmiczna tego zespołu uchodziła za wzorcową, truizmem byłoby stwierdzenie, że ten zespół zapisał się w annałach muzycznych tylko z tego powodu. Z tą genialną sekcją rytmiczną to oczywiście prawda ale w tym zespole każda jego składowa, sama w sobie stanowiła wyznacznik najwyższych standardów, niczym certyfikat znaku towarowego gwarantującego najwyższą jakość! Na wysokości trzeciego studyjnego krążka ta załoga, napędzana sukcesem dwóch rewelacyjnych pierwszych albumów, stanowiła doskonale zespoloną metalową maszynę. Pomimo bardzo poważnych zmian personalnych (po wydaniu „The Dark” z grupą rozstali się: założyciel i gitarzysta Kurdt Vanderhoof oraz doskonały i charyzmatyczny wokalista, David Wayne), METAL CHURCH A.D. 1989 wciąż pozostawał wyznacznikiem najwyższej jakości, i to nie tylko na uprawianym przez siebie poletku ale i w całym muzycznym światku, czego najlepszym potwierdzeniem i namacalnym dowodem jest właśnie omawiany „Blessing In Disguise”. Już po samym tytule (należy go odczytywać, jako powstanie czegoś, co „W końcowym rozrachunku wyjdzie wszystkim na dobre”) można domniemywać, iż muzycy nowego wcielenia METALOWEGO KOŚCIOŁA byli dumni z jakości zarejestrowanego przez siebie materiału i zachęcali do zapoznania się z nim – bez towarzyszących takim sytuacjom obaw – wszystkich ortodoksyjnych fanów pierwszego i zarazem klasycznego wcielenia grupy. Bo muzyczne propozycje, jakie znalazły się na „Blessing In Disguise”, wciąż posiadały niezaprzeczalne cechy pierwszych dwóch krążków; w dalszym ciągu miały swój niepowtarzalny mroczny klimat, niepodrabialną tajemniczość i były niezmiennie wciągające. „Nowa twórczość” grupy nadal była umiejscowiona gdzieś pomiędzy thrash metalem a tradycyjnym heavy metalem, choć jak się mi wydaje, na rzeczonym albumie zaczęła ciążyć w stronę bardziej klasycznej jego odmiany. Utwory utrzymane były raczej w średnich tempach, co nie oznacza, że zabrakło (w ramach poszczególnych kompozycji) stosownych przyspieszeń, odpowiedniego ciężaru czy pojawiającego się w najbardziej odpowiednich momentach rzetelnego doładowania („It’s A Secret”, „Cannot Tell A Lie”). Doprawdy porywający to muzyczny materiał i choć utrzymany w większości w średnich tempach, to jednocześnie niezwykle urozmaicony, zaś poszukujący w muzyce jak największej ilości popisów solowych, zdecydowanie będą ich ilością i jakością ukontentowani; świetnych, finezyjnych, gitarowych partii znajdą tutaj co nie miara! Wszystko to, i wiele więcej znajdziemy na niezmiernie obfitym w muzyczne doznania trzecim dziecku tej kapeli!

Warunki głosowe nowego nabytku grupy, wokalisty Mike’a Howe’a, to przedmiot osobnych dywagacji. Zadanie miał facet piekielnie trudne i bardzo niewdzięczne, wszak musiał zastąpić legendarnego Davida Wayne’a! Został wpuszczony na głęboką wodę podejmując próbę zmierzenia się z legendą poprzednika ale wybrnął z tego zadania doskonale, mimo iż dysponował zgoła odmiennymi aniżeli poprzednik: barwą głosu, rodzajem wokalnej ekspresji oraz sposobem wokalnej artykulacji. Mike, posiadając wyborne warunki głosowe nie tylko fantastycznie odnajduje się w tych bardziej melodyjnych fragmentach ale także doskonale jego wokal radzi sobie z partiami ostrzejszymi i wymagającymi większej zadziorności. Zatem główny gardłowy zdał egzamin z notą celującą! To doprawdy znakomity wokalista! Znalezienie takiego, to jak znalezienie skarbu! Zatem… ideał, rzec by można!

Chciałbym w tym miejscu nieco więcej uwagi, a co za tym idzie także i miejsca poświęcić wyjątkowej kompozycji, „Rest In Pieces (April 15, 1912)”. Napisałem wyjątkowej nie dlatego, że jest nadzwyczajną, wybitną czy specjalnie wyróżniającą się na tle pozostałych utworów z „Blessing In Disguise”, gdyż wszystkie one nie odbiegają od siebie poziomem ale dlatego, iż właśnie jesteśmy w przededniu, bądź tuż po (w zależności od tego, kiedy Naczelny znajdzie czas na zredagowanie i opublikowanie tego tekstu) 107 rocznicy największej w dziejach katastrofy morskiej. Co prawda w tekście tego utworu jedynie raz, i to w ostatnim wersie pada nazwa bohatera tej opowieści, niemniej jednak data widniejąca w podtytule nie pozostawia wątpliwości o czym traktował będzie ten utwór. Mowa rzecz jasna o „Titanicu”! Najbardziej luksusowy liniowiec świata poszedł na dno 15 kwietnia 1912 roku po zderzeniu z górą lodową. Miało to miejsce w trakcie jego dziewiczego rejsu z Southhampton do Nowego Jorku. Spośród 2207 znajdujących się na jego pokładzie osób ocalało zaledwie 712. Wielu postrzegało dramat „Titanica” w kategoriach symbolicznej i sromotnej porażki największej podobno przypadłości ludzkiej, czyli pychy w starciu z nieprzewidywalną i niewybaczającą błędów człowieka naturą. Również u schyłku drugiej dekady XXI wieku, ta zajmująca pozycję nr.1 na liście „parszywej siódemki głównych przywar ludzkości”, wciąż ma się znakomicie, zaś historia „Titanica” doczeka się najprawdopodobniej ciągu dalszego. Oto bowiem australijski biznesmen  Clive Palmer, zamierza wskrzesić pamięć o legendarnym parowcu, zbudować jego replikę i rzecz jasna wyruszyć nim w rejs pokonując tę samą trasę, co protoplasta. Cały projekt ma zostać ukończony już w 2020 roku. Czy rzeczywiście dojdzie on jednak do skutku? Jeśli tak, na pewno nie umknie to niczyjej uwagi. Pasażerska selekcja na pokładzie „Titanica”, stanowiła jakby w pigułce obraz ówczesnego klasowego podziału społeczeństwa. Na statku obowiązywał bowiem ścisły podział na trzy starannie oddzielone i odizolowane od siebie części (każda dla pasażerów innej klasy). Oznaczało to, że posiadacze biletów trzeciej klasy nie mogli korzystać z luksusów i atrakcji zarezerwowanych dla pasażerów klasy pierwszej. Od godz. 0.40 na pokładzie łodziowym skoczne melodie przygrywa znakomita orkiestra okrętowa złożona z siedmiu muzyków pod batutą Wallace’a Hartleya. Muzycy pozostaną na posterunku aż do końca, dodając otuchy pasażerom i – albo zwłaszcza – by zapobiec panice na pokładzie statku. Wypuszczą instrumenty dopiero, gdy fale wyrwą im pokład spod stóp. I do tego słynnego motywu nie omieszkali nawiązać w swoim utworze muzycy METAL CHURCH, a uczynili to (symbolicznie?) w jego ostatnich wersach: „The orchestra played to the last moments an eerie almost unreal sound. The calm and icy North Atlantic. Titanic’s burial ground.” / „Orkiestra do ostatnich chwil grała dziwne, niemal odrealnione dźwięki. Spokojny zazwyczaj i chłodny Północny Atlantyk stał się miejscem pochówku Titanica” (tłum. własne). Ten numer świetnie zapowiada się już na starcie. Muszę przyznać, że to perkusyjne tornado wywołane przez Kirka Arringtona w intro do tego utworu robi niesamowite wrażenie, spotęgowane jeszcze bardziej dzięki jego przestrzennemu, realizacyjnemu rozmachowi. Słuchacz odnosi wrażenie totalnego perkusyjnego    osaczenia, gdyż gęsto nabijany perkusyjny motyw szczelnie wypełnia przestrzeń kanałów odsłuchowych – to swoisty perkusyjny nalot na nasze ośrodki słuchu. Oj, robi to wrażenie!

Do tej lepkiej niczym miód beczki pochlebstw zmuszony jednak jestem dołożyć łyżeczkę dziegciu… Chodzi o brzmienie tego albumu. Niezrozumiałym dla mnie jest fakt, iż za tym być może i oryginalnym ale na pewno nie profesjonalnym brzmieniem  krążka stoją tacy mistrzowie konsolety, jak Terry Date czy Joe Alexander. Zauważalny brak selektywności, głuche, zduszone, pozbawione specyficznej, charakterystycznej dla tej grupy dynamiki i powermetalowego pazura brzmienie, czyli elementów tak charakterystycznych dla dwóch fantastycznych poprzedniczek. Niby jest fajnie zachowany ciężar brzmieniowy, w takim nawiązującym do hardrockowej tradycji obszarze ale jednocześnie wszystko jest jakieś skompresowane, hermetyczne, ściśnięte, zdławione, jakby realizator dźwięku odgórnie założył, że pasmo rejestrowanych dźwięków nie wyjdzie poza ściśle określony poziom częstotliwości. Cierpią na tym zwłaszcza ścieżki gitary rytmicznej w tych bardziej zagęszczonych brzmieniowo i intensywniejszych obszarach, a i wyborne partie solowe gitarowego duetu: Craig Wells i John Marshall nie są należycie wyeksponowane i nie zawsze wychodzą, jak powinny na pierwszy plan. Cóż z tego, że witalność i muzyczna wyobraźnia tej pary zdaje się być nieposkromione, skoro ich partie niejednokrotnie mozolnie przebijają się przez grubą warstwę mętnego brzmieniowego nieładu. Do tego jeszcze, by poczuć choćby cząstkę mocy płynącej z tego materiału, gałkę potencjometru trzeba ustawić w takim położeniu, w którym odtwarzanie doskonale brzmiących płyt zarejestrowanych już w nowym wieku, wyrwałoby głośniki z obudowy kolumn, a tu ledwie namiastka tej mocy! Czepiam się? Niech każdy oceni sam, bo być może nikt tu niczego nie schrzanił, a to, co słyszymy, jest dokładnie tym, co zespół zamierzał i chciał osiągnąć?  Niektórzy „znawcy” tej materii twierdzą, że brzmienie albumów, to rzecz subiektywna. Ale pomyślmy: Czy piękny kurort jest na pewno dokładnie tym samym miejscem, jeśli spowija go ciężka smogowa zawiesina? Pomimo tego, moja ocena tego albumu pozostaje od lat niezmienna, czyli bardzo ale to bardzo wysoka, gdyż ocena podstawowa każdego wydawnictwa należy się za wartość artystyczną, zaś aspekt techniczny powinien stanowić bardzo ważną co prawda ale jednak wartość dodaną!

Zgoła odmiennie sprawa ma się z lirykami, które – co dla tego zespołu stanowiło normę – są znakomite! I tu nie potrafię odmówić sobie przyjemności zaprezentowania choćby małej próbki literackich zdolności odpowiedzialnych za warstwę tekstową. Mój wybór padł na „Badlands”: „I ride alone, the wasteland I cross will take another life. We’ll take another life. I feel a dry wind, dust is in my eyes, the arctic cold at night. The earth it tells me lies. God in heaven my only friend, will I live to see my journey’s end. As the world awakens me so hard, my values have been changed.” / „Przemierzam samotnie pustkowie, ku miejscu w którym otrzymam nowe życie. Wszyscy otrzymamy w nim nowe życie. Odczuwam powiew suchego wiatru, zaś w oczach zalega pył, wyczuwam arktyczny chłód nocy. Tu na ziemi byłem notorycznie karmiony kłamstwami. Bóg w niebie, to mój jedyny przyjaciel i pozwoli mi żyć, bym mógł oglądać ostatni etap swojej ziemskiej wędrówki. Kiedy tylko świat w brutalny sposób upominał się o mnie, drastycznej zmianie ulegały wyznawane przeze mnie wartości”. (tłum. własne). Piękno zatem wyziera na tym albumie nie tylko z każdej zagranej nuty ale i każdego bez mała wersu. Zakończę krótkim stwierdzeniem: Brać w ciemno!… nawet za dnia!

K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *