Recenzja #73 REDEMPTION “Snowfall On Judgment Day”

REDEMPTION – “Snowfall On Judgment DaY” ; 2009 InsideOut Music

Chyba każdy uczciwie powie, że tak naprawdę w życiu liczą się tylko te płyty, które potrafią na nas (nałogowych słuchaczach) wywrzeć istotne wrażenie, zatrzymać na dłuższą chwilę, zmusić do powrotu, odcisnąć pozytywne piętno na psychice, albo po prostu mocno ścisnąć za serducho i kopnąć jak defibrylator na stole operacyjnym. Reszta jest jakby tylko nieistotnym tłem i w wielu przypadkach stratą cennego czasu, bo fakt faktem, życie jest przecież zbyt krótkie, by słuchać kiepskiej muzyki i raczyć się kiepskim  piwem! Oczywiście nie wymagam zawsze i od każdego, emocji na poziomie skoku ze stratosfery Felixa Baumgartnera, albo samotnej wspinaczki bez zabezpieczeń na wysokość 2300m Alexa Honnolda, dlatego, jeżeli już takowe emocje się pojawiają, trzeba na nie mocno chuchać i dmuchać, trzeba o nich głośno mówić lub też pisać pełnymi i najlepiej wielokrotnie złożonymi zdaniami. I właśnie to ostatnie zamierzam uskutecznić w tym wydaniu naszych pomnikowych dzienników.

Niniejszym biję się mocno w swoją wątłą pierś i szczerze przyznaje, że kiedyś, dawno temu, przy okazji debiutu REDEMPTION dla wytwórni Sensory w 2003, stałem po jednej stronie barykady razem z wszystkimi niedowiarkami, którzy wątpili w przyszłość tej – było nie było – prog -metalowej supergrupy. Nie bezpodstawnie chyba sądziłem, że ten projekt, z dużą dozą prawdopodobieństwa,  zakończy się na tej jednej, jedynej płycie, a przynajmniej jedynej z Alderem (który zajął się tutaj produkcją i wystąpił gościnnie jako wokalista). Jako ten niewierny Tomasz, oczywiście muszę teraz odszczekać te kalumnie, ale żeby już dłużej nie kopać leżącego, zadam jedno wyjątkowo tendencyjne i ważne pytanie: tak z ręką na sercu, kto wtedy spodziewał się, że REDEMPTION ewoluuje w tak wpływowy zespół z siedmioma (na obecną chwile) pełnowymiarowymi albumami studyjnymi i dwoma koncertowymi, w zespół niemal dorównujący jakością muzyki samemu wielkiemu Fates Warning, no kto? A no właśnie…

Nie ma takiej opcji, żeby rozpatrywać jestestwo REDEMPTION w oderwaniu od kontekstu Fates Warning. Ale tak, jak fasolka po bretońsku nie pochodzi z Bretanii i ziele angielskie nie pochodzi z Anglii (ani tym bardziej Angoli), tak REDEMPTION nie jest w żadnym wypadku klonem FW. Tutaj oczywiście, duże zasługi położył Nick Van Dyk, który w naturalny sposób różni się od Jima Matheosa w zasadzie wszystkim, bo zarówno stylem gry jak i skłonnościami odnoszącymi się do komponowania i pisania tekstów. Z kolei drugi gitarzysta, Bernie Versailles (z którym Alder już w 1999 współtworzył projekt o dźwięcznej nazwie Engine) daje gwarancję pożądanego przecież, prawdziwie metalowego sznytu. Wspólny mianownik, czyli Ray Alder, to od początku była ta soczysta, słodka wisienka na torcie i element baśniowy. Wielbiciele jego talentu musieli być mocno zadowoleni, gdyż dostawali Raya w dwójnasób. Jeżeli akurat Fates nie wydawał albumu, wtedy można było się pocieszyć solidnym albumem REDEMPTION i myślę, że taki układ pasował wszystkim i – co ważniejsze – nigdy nie było mowy o jakimkolwiek przesycie. Zresztą piszący te słowa, pamięta doskonale, jak witał każdy kolejny krążek REDEMPTION z radością machając ogonem. Wielki potencjał potrzebuje odpowiedniego ujścia i Ray najwidoczniej odczuwał potrzebę takiej wielowątkowej wypowiedzi artystycznej. Tego rodzaju i kalibru, klasowych wokalistów jest na świecie niewielu, można tu wspomnieć np. Jorna Lande, D.C. Coopera i kilku innych, ale to wciąż jest tylko garstka. Aczkolwiek daleki byłbym jednak od stwierdzenia, że absolutnie wszystko, czego wymienieni wyżej wokaliści się dotkną, obraca się w przysłowiowe złoto. Tak czy owak, ten rozdział w historii REDEMPTION został zamknięty, czy definitywnie – czas pokaże, ale faktem jest, że Aldera zastąpił nie byle kto, bo sam Tom Englund z Evergrey. Z jednej strony żal, ale przecież z drugiej, to bardzo, ale to bardzo intrygujący mariaż, w dodatku dobrze rokujący na przyszłość.

Wracając zaś do sedna, czyli pomnikowego „Snowfall On Judgment Day”, chciałbym stwierdzić, że to jeden z tych albumów, gdzie priorytetem nie jest wolumen sprzedaży a prawdziwa Sztuka i choć można to śmiało odnieść do kilku innych pozycji z dyskografii REDEMPTION, jednak tutaj oprócz świetnej muzyki, mamy też do czynienia z drugim, mocno pesymistycznym, ale też emocjonalnym wymiarem. Dzisiaj wiadomo, że sprawy mają się znacznie lepiej, ale dekadę temu prawdopodobnym scenariuszem był koniec istnienia zespołu jako takiego. Lider, gitarzysta i kompozytor Nick Van Dyk przekazał wówczas fanom hiobową wieść o swojej ciężkiej chorobie, która w krótkim czasie, potencjalnie mogła go uśmiercić. Przechodząc agresywną chemioterapię, Van Dyk komponował materiał na „Snowfall On Judgment Day” i w takich okolicznościach słuchając np. znakomitych (notabene, genialnie wyśpiewanych przez Aldera!) „Black And White World”; „What Will You Say” albo „Walls”, odbieramy je chyba nieco inaczej: głębiej, pełniej i na dobra sprawę zawężamy właściwy sposób interpretacji tekstu. Tak na marginesie, ale pozostając jednak w sferze nieszczęśliwych zdarzeń związanych z ułomną ludzką fizycznością, to warto wspomnieć, że już kilka lat później a dokładnie w 2014, również drugi gitarzysta Bernie Versailles znalazł się na krawędzi i musiał stoczyć swój własny bój o życie, bowiem doznał pęknięcia tętniaka mózgu i znalazł się w śpiączce. Do dnia dzisiejszego jego rekonwalescencja wciąż jest w toku i tak naprawdę nie ma żadnej pewności, że Bernie kiedykolwiek wróci do zdrowia na tyle, by znów cieszyć się grą na swoim instrumencie. Nie omieszkam w tym miejscu wzmiankować wydawnictwa, które ukazało się w roku 2015, pod szyldem Masters of Metal – „From Worlds Beyond” , którego współtwórcą jest Versailles. To wyjątkowo smutne, kiedy artysta tworzy świetny album (w tym przypadku Bernie oprócz gry na gitarze zajął się również wokalami, produkcją i miksem materiału) i w zasadzie nie ma najmniejszej możliwości skonsumowania owoców swojej pracy, ponieważ płyta ukazała się w momencie, gdy Bernie dosłownie walczył w szpitalu o życie.

Wszystkie te przypadki mają swój oczywisty ciężar gatunkowy i mocno pesymistyczne zabarwienie, ale z tego bezpośredniego następstwa i konsekwencji, wynika jednak szczypta czystego optymizmu. Płyta jest bez dwu zdań wyjątkowa. Energetyczna, melodyjna, że o tak fundamentalnej kwestii, jak bardzo dobra produkcja, nawet nie wspomnę, a to, że choroba Nicka jest w tej chwili w całkowitej remisji, ma swój wymiar wręcz symboliczny. Jeżeli jesteśmy przy symbolice, to okładka autorstwa znanego i lubianego Travis’a Smith’a i idealnie wpasowuje się w klimat i konwencje, choć z technicznego punktu widzenia wydaje mi się, że nie jest chyba najefektowniejszą w jego dorobku. W wątku personalnym nie można zapomnieć o wkładzie Grega Hoshariana (znanego wcześniej z grupy Vendetta) w ostateczny kształt albumu, bo klawiszowiec pokazał tu klasę i umiejętności godne najlepszych „parapeciarzy” globu (kłania się Derek Sherinian, Kevin Moore i inni) i mocno wzbogacił brzmienie REDEMPTION. Szkoda tylko, że nie zabawił w składzie tej orkiestry na nieco dłużej. A skoro już wspominam o wysokich umiejętnościach, nie sposób nie zauważyć ciężkiej i zacnej roboty jaką odwala perkusista Chris Quirarte, który (tak jak w zasadzie cały zespół) wydaje się osiągać tutaj szczyt swojej formy i mimo, że Hosharian w jakimś stopniu sprawia wrażenie, iż z lekka tępi metalowe (w sensie gatunku a nie materiału) ostrze REDEMPTION, to właśnie wyśmienite partie gitar Van Dyk’a/Versailles’a i tętniące energią perkusyjne kaskady wspomnianego Quirarte wciąż będą cieszyć ucho fanów doceniających takie oblicze grupy i wciąż będzie można powiedzieć, że REDEMPTION jest w czubie prog – metalowego peletonu. Naprawdę nie widzę najmniejszego powodu, aby nie zasmakować tej płyty w jej pełnej (o)krasie. Mniam!

 A.M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *