Recenzja # 82 Dream Theater “Awake”

DREAM THEATER – “Awake” ; 1994 East West Records/Atlantic

Zupełnie niedawno światowe serwisy medialne obiegło niezwykłe zdjęcie na którym 53-letnia zawodowa skrzypaczka, Dagmar Turner w trakcie operacyjnego usuwania guza mózgu grała na swoim ukochanym instrumencie. W ten właśnie sposób neurochirurdzy z King’s College London upewniali się, że nie zostaną uszkodzone ważne dla profesjonalnego muzyka obszary mózgu odpowiedzialne za drobne ruchy dłoni i koordynację. To nie pierwszy zabieg tego typu, bowiem kilka miesięcy wcześniej podobną operację przeprowadzono we włoskiej Casenie. Wówczas identycznemu zabiegowi wycięcia guza mózgu, poddano włoskiego muzyka, pianistę jazzowego, który przez pięć godzin grał na trzymanym przez dwóch asystentów małym keyboardzie. Chory poddawany takiemu zabiegowi jest w trakcie jego trwania całkowicie świadomy i wykonuje określone czynności mając otwartą czaszkę. Dzięki temu lekarze monitorują podczas operacji percepcje wzrokowo – przestrzenną, pamięć, zdolność przeliczeniową, funkcje uwagi, empatię poznawczą, a także złożone procesy mózgowe leżące u podstaw niektórych wyższych funkcji poznawczych ludzkiego umysłu, w tym umiejętności artystycznych i muzycznych; istnieją bowiem obszary mózgu odpowiedzialne za tzw. kompetencje muzyczne. Co jednak nie mniej istotne, cały zabieg jest bezbolesny! Do otwarcia pokrywy czaszki stosuje się znieczulenie, zaś jak przekonują chirurdzy, właściwa część zabiegu nie przysparza świadomemu wszystkiego pacjentowi bólu, gdyż mózg pozbawiony jest receptorów nerwowych, zatem nie odczuwa bólu. Owa przywołana przeze mnie metoda operacji neurochirurgicznej nosi nazwę Awake Surgery. Można także zetknąć się z innym nazewnictwem tego ultra precyzyjnego zabiegu: na Przebudzonego Pacjenta. Powstała i sukcesywnie (przez niemal dwie dekady jej rozwijania) przybierała coraz bardziej wyrafinowaną i perfekcyjną  formę. Nie jest może powszechnie znana, i co za tym idzie często stosowana, gdyż z założenia skierowana była i swoją służebną rolę miała pełnić w stosunku do światka profesjonalnych muzyków dotkniętych nowotworami mózgu. Ta informacja pozwala przypuszczać, że i członkom Dream Theater, jako reprezentantom tej grupy zawodowej hasło Awake Surgery nie powinno być obce, może nawet wklepywane było przez żądnych rzetelnych informacji na jej temat muzyków w ich wyszukiwarkach internetowych? Wspomniana na samym wstępie fotografia operowanej tą metodą skrzypaczki pozwoliła wyzwolić w mojej wybujałej (jak Wam już zapewne wiadomo) wyobraźni, pewną scenkę…

Rzecz dzieje się w pierwszych tygodniach 2020 roku w Nowym Jorku, konkretnie w sali prób grupy Dream Theater. Trwa właśnie krótka, zarządzona przez „kierownika zmiany” przerwa w trakcie której każdy z muzyków poświęca się bardziej lub mniej relaksującym zajęciom, głównie jest to przeglądanie wiadomości w swoich telefonach oraz wertowanie stron internetowych w poszukiwaniu jakichś ciekawych informacji ze świata – nie tylko muzycznego. W pewnym momencie jednemu z członków zespołu na ekranie telefonu wyświetla się fotografia dokumentująca przebieg operacji wspomnianej Dagmar Palmer z dołączonym do niej krótkim opisem. Natychmiast dzieli się swym odkryciem z pozostałymi członkami grupy. Twarz Johna Petrucciego zdradzała żywe zainteresowanie tematem. Coś jednak najwyraźniej nie dawało mu spokoju. Ta nazwa (Awake Surgery), a zwłaszcza jej pierwszy człon najwyraźniej z czymś mu się kojarzyła, ale z czym…? Jego zafrasowana mina świadczyła o tym, że usilnie walczy o przywołanie jakiegoś konkretnego obrazu czy detalu z zakamarków swojej pamięci („scenes from a memory”?). Powtarzany w kółko pod nosem nowy termin odnoszący się do metody neurochirurgicznego usuwania ciał niepożądanych gnieżdżących się w ludzkim ośrodku mózgowym, brzmi wszak jakoś dziwnie znajomo: awake surgery, awake surgery, awake surgery,…, awake, awake, awake,… Wreszcie po dłużącej się nieprzyzwoicie chwili usilnej walki a pamięcią następuje nieoczekiwany zwrot akcji – wyczekiwane rozwiązanie zagadki. John zabiera głos: ”Przypomniałem sobie wreszcie z czym kojarzyła mi się ta nazwa. Dawno, dawno temu, jeszcze w oryginalnym składzie nagraliśmy płytę noszącą taki tytuł, jak pierwszy człon tej operacyjnej metody – „Awake”, i jeśli mnie pamięć nie zawodzi, zbierała entuzjastyczne recenzje zarówno wśród krytyków, jak i naszych zwolenników. Chyba nawet grywamy jeszcze coś z niej na koncertach? Muszę sobie ją odkurzyć, bo już nie pamiętam co na nią trafiło!” – śmiech. I w przypływie szczerości dodał: „Przypominam sobie, że był to fantastyczny dla nas czas, kiedy byliśmy wręcz naładowani kreatywnością, a pomysły sypały się nam, jak z rękawa – nie to, co teraz!. Dzisiaj takiej płyty nie bylibyśmy już w stanie nagrać!” Tak John, święte słowa, bo zaiste tak wtedy to wyglądało! Oj jakże dzisiaj marzyłby się tej grupie i oczywiście nam, słuchaczom, taki właśnie album, jakim był „Awake”. Nie mam żadnych wątpliwości, iż gdyby Dream Theater wydał ten materiał dzisiaj, w dokładnie takim kształcie w jakim poznaliśmy go na jesieni roku 1994, stałby się ponownie wydawniczym objawieniem, bo tak ponadczasowych dzieł czas się nie ima, zespołowi zaś pomógł by (z nawiązką!) odbudować nadszarpniętą już od dobrych kilku lat i tyluż wydawnictw, reputację. Jednak w obecnym składzie i oceniając obiektywnie możliwości twórcze tego składu, nie dawałbym sobie i zespołowi większych szans na zarejestrowanie podobnej progmetalowej perły. Ba, uważam że nie stać go nawet na stworzenie czegoś świecącego choćby odbitym blaskiem tamtego dzieła! I nie jest w stanie tej tendencji odwrócić nawet powściągnięcie megalomańskich zapędów Johna Petrucciego, a i odłożenie w kąt czarnoksięskich atrybutów Jordana Rudessa na niewiele by się zdało! Po prostu: nie to miejsce, nie ten czas i nade wszystko – nie ten skład osobowy! Dzisiaj, gdy twórcza wena nie dopisuje jak dawniej, pozostała już tylko chirurgiczna precyzja wykonania (to jeszcze jedno skojarzenie i nawiązanie do Awake Surgery – wspomnianej już kilkakrotnie w tym tekście metody zwalczania  nowotworów mózgu), a tej w żaden sposób nie powinno się utożsamiać z dążeniem do doskonałości. Takie podejście rajcuje już chyba tylko muzycznych masochistów lecz w żaden sposób nie zrekompensuje zapaści twórczej z jaką ewidentnie ten zespół od dłuższego czasu się boryka. Chirurgiczna precyzja  wymagana jest w medycynie i dla niej powinna być zarezerwowana. W muzyce – jakkolwiek by jej nie klasyfikować – nie przyniesie znaczących owoców, jeśli nie jest poparta… No właśnie, kiedyś (mam tu na myśli pierwszą poł. lat 90 ub. wieku) panowie grali nie tylko bajecznie technicznie ale „rozbijali bank” właśnie dzięki umiejętności przekuwania swych technicznych umiejętności w genialne i aż skrzące się od ilości wpasowanych w nie pomysłów aranżacji! Com napisał – napisałem, i zdania nie zmienię, choć bardzo chciałbym się w przypadku tego zespołu mylić, bo wciąż im (siła sentymentu?) kibicuję!

W środowisku muzycznym zwykło się przyjmować trzeci krążek, jako ten o największym znaczeniu dla zespołu, jako ten potwierdzający klasę i aspiracje grupy, swoiste przypieczętowanie jej wartości. Zdarza się także, iż czasami decyduje o być albo nie być zespołu na muzycznym rynku wydawniczym. Dream Theater to zespół, który już na samym początku swojej muzycznej ścieżki wyznaczył sobie bardzo wysoko pułap własnej autokreacji, windujący wraz z każdym kolejnym wydawnictwem coraz wyżej poprzeczkę artystycznej świadomości i wykonawczej precyzji, Samo osiągnięcie wyznaczonych sobie celów nie gwarantuje jeszcze sukcesu czy trwałego miejsca w świadomości słuchaczy, a to przecież największe wyróżnienie dla każdego twórcy. Po udanym i obiecującym debiucie („When Dream And Day Unite”) i deklasującym go o co najmniej kilka długości fantastycznym i kanonicznym już dzisiaj, choć nie od razu docenionym „Images And Words”, grupa stanęła przed bardzo trudnym, by nie powiedzieć niemalże niewykonalnym zadaniem stworzenia czegoś przynajmniej trzymającego poziom poprzedniczki i… dokonała niemal niemożliwego! Efektem tego właśnie twórczego i wydawniczego ciśnienia jest opisywany „Awake”. Efektem – dodam od siebie: olśniewającym i zdumiewającym, zaś słuchaczy, a nade wszystko „konkurencję” – dojmująco paraliżującym! Jeśli wiec w takich kategoriach rozpatrywać znaczenie tej symbolicznej trzeciej odsłony, to panowie z Dream Theater test z niej – tego swoistego muzycznego egzaminu dojrzałości – zdali celująco, a taka ocena gwarantuje już nie tylko długowieczność, co ponadczasowość zawartego na niej materiału! Będę obstawał przy swoich preferencjach personalnych, które każą mi za może nie najlepszego, bo to pojęcie względne, ale najodpowiedniejszego dla tego zespołu klawiszowca uznawać jego współzałożyciela, Kevina Moore’a, który po nagraniu „Awake” niestety opuścił zespół (uczestniczył w rejestracji tego longplaya ale w dniu jego rynkowej premiery nie był już członkiem Dream Theater). Muzyk zachował się fair w stosunku do kolegów z grupy, bowiem o podjętej przez siebie decyzji opuszczenia zespołu poinformował ich już kilka miesięcy wcześnie tak, by na rozpoczynającą się tuż po premierze krążka promującą go trasę koncertową zdążyli znaleźć nowego klawiszowca.

Nie zgadzam się z twierdzeniem części reprezentujących tzw. środowisko muzyczne krytyków (to właściwie krytykanci, a nie krytycy z prawdziwego zdarzenia), którzy postrzegają „Awake” jako nie wnoszącą właściwie nic nowego do wizerunku grupy kontynuację doskonałej i stanowiącej już kanon całego progmetalowego nurtu „Images And Words”. Owszem, jest w pewnej mierze logiczną i naturalną kontynuacją tamtego dzieła ale to chyba należy zespołowi zapisać po stronie plusów, bo w ten sposób podkreśla własną konsekwencję w działaniu, sygnalizując tym samym świadome przywiązanie do estetyki w której zaistniało i gwarancję stylistycznej przynależności. Zgoda zatem, co do tej logicznej kontynuacji ale żeby nie doszukać czy też nie dosłuchać się różnic wpływających na odmienność tych dwóch wydawnictw płytowych, to trzeba było chyba od dawna nie mieć przetykanych kanałów słuchowych. Składniki z których upichcono „Images And Words” skontrastowano bowiem ze sporą domieszką ingredientów na niej nie występujących. Efekt tych zabiegów jest doskonały i budzi zrozumiały podziw nawet dzisiaj, przeszło ćwierć wieku od jego fizycznego zaistnienia. „Awake” górowała nad sławną poprzedniczką niezwykłą motoryką, dynamiką, ciężkością, plastycznością, selektywnością, jest zdecydowanie ostrzejsza, reprezentuje nowocześniejsze podejście w każdej sferze (aranżacyjnej, kompozycyjnej, wykonawczej, realizacyjnej, produkcyjnej),… i jest jeszcze pojemniejsza, zarówno jeśli idzie o czas trwania, jak i ilość zawartych pomysłów przypadających na każdy utwór na albumie! Poza tym, jeśli miałbym wskazać jeden tylko album Dream Theater na którym najbardziej błyszczy wokal Jamesa LaBrie, byłby to właśnie „Awake”. Róznorodność zaprezentowanych tu przez niego partii wokalnych jest doprawdy zdumiewająca! Od zadziornych pełnych werwy, ostrych i intensywnie forsowanych wysokich rejestrów, poprzez mroczne, melancholijne, subtelne, aż po delikatne i nostalgiczne ale zawsze pełne zaangażowania i pasji. Zaprezentował tu całą paletę barw i niezwykłą rozpiętość swego głosu. James osiągnął tu swoje wokalne wyżyny. Bez wątpienia LaBrie nie mógłby ukazać wszechstronności i unikatowego charakteru swojego głosu, gdyby nie niesłychana różnorodność materiału wyjściowego – instrumentalnego podkładu, jaki zaproponowali koledzy z grupy. Myślę sobie, że wyjątkowości „Awake” należy w dużej mierze doszukiwać się w sile tkwiącej w twórczym kolektywie. Za kompozycje odpowiadał cały zespół, nie zaś, jak miało to miejsce w późniejszym okresie, kiedy na kierunek rozwoju grupy i kształt kompozycji największy wpływ miały i największe piętno na nich odciskały dwie największe osobowości w zespole – Mike Portnoy i John Petrucci. Dominacja tej dwójki przybrała z czasem na sile, a zespół rozwijał kierunek swoich poszukiwań pod wyraźnym ich przewodnictwem. Przyjemność konfrontacji z tym wydawnictwem wzmaga jeszcze dodatkowo brzmienie, jakim go okraszono. Bez cienia przesady można uznać, że to realizacyjno – producencko – brzmieniowy majstersztyk! Nad efektem końcowym, jakim możemy rozkoszować się po dziś dzień czuwał uznany duet John Purdell i Duane Baron, ten sam, który odpowiadał za sukces multiplatynowego osbourne’owego klasyka „No More Tears”. Podejrzewam, że materiał jaki znalazł się na „Awake” obroniłby się nawet przy wykorzystaniu półśrodków ale w takiej oprawie, jaką zapewnił mu odpowiedzialny za aspekt brzmieniowy team Purdell/Baron, efekt końcowy jawi się, jako ten symboliczny diament w koronie!

Przykro robi się człowiekowi na samą myśl, że tak doskonałe, złożone, wielopłaszczyznowe i monumentalne dzieło, jakim jest „Awake”, nie znalazło należytego zrozumienia ze strony odbiorców ambitnych odmian muzyki. Na przykładzie tej pozycji sprawdziła się niestety trafność porzekadła, iż najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju. W rodzimych Stanach płyta sprzedawała się zdecydowanie słabiej niż sławna poprzedniczka. Na szczęście honoru słuchaczy bronił dzielnie Stary Kontynent, gdzie wszystko co miało przedrostek „prog”, zawsze przyjmowane było z daleko większym entuzjazmem. Co z tego jednak, skoro prawdziwego sukcesu komercyjnego nie osiągnie się bez imponującego (tzn. w głównej mierze takiego, który zaspokoi „roszczenia” wydawcy) wyniku sprzedażowego? A jak kwestia promocji i sprzedaży „Awake” wyglądała na naszym podwórku? Co prawda nasz muzyczny rynek wchodził już wówczas powolutku w fazę normalizacji; weszła w życie ustawa o prawach autorskich, którą mało kto traktował poważnie, powstawały oddziały zagranicznych koncernów płytowych.Cóż jednak z tego, skoro „Awake” nie doczekało sie jakiejkolwiek recenzji w czasopismach muzycznych głównego nurtu, zaś oficjalny przedstawiciel wydawcy odpowiadający za dystrybucję produktów koncernu Warner Music na rynku polskim, firma Polton, wydając ten tytuł na licencji w postaci kasetowej „postarał się”, by polski słuchacz, także i na tym polu pozostawał ubogim krewnym bogatego odbiorcy muzyki z Zachodu i pominął (nie dostrzegł? nie zauważył?), czy może bardziej adekwatnym będzie stwierdzenie: usunął z jej zawartości najdłuższy (11 min.) na albumie utwór „Scarred” o którego istnieniu piszący (i zapewne nie tylko on) dowiedział się dopiero jakiś czas później, zaopatrując się w wersję „pełnowartościową” na nośniku CD. Można by tego typu praktyki starać się usprawiedliwiać, gdyby „Scarred” było bonusowym dodatkiem do wersji kompaktowej ale tak nie jest, gdyż jest to pełnoprawny utwór wchodzący w skład setlisty tego wydawnictwa. Taśma magnetofonowa nie była towarem deficytowym nawet w czasach słusznie minionych, więc tym bardziej nie mogło jej brakować w kraju będącym wtedy już od kilku lat po transformacji ustrojowej. Czym zatem tłumaczyć tę „nośnikową niezgodność” – pazernością wydawcy? Dowód tej fuszerki zafundowanej nam przez (licencjonowanego!) wydawcę przechowuje po dziś dzień i stanowi niepodważalny materiał dowodowy.

Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, iż napawanie się muzyczną zawartością tego wydawnictwa przyjdzie słuchaczom zdecydowanie szybciej i łatwiej aniżeli rozpracowanie jego warstwy tekstowej. Teksty, a jest ich tutaj, podobnie jak samej zawartości muzycznej, naprawdę sporo, stanowić będą raczej intelektualną pożywkę dla tych, którzy lubują się w odnajdywaniu choćby zalążka myśli autora, z pomocą którego próbują stworzyć czy też odtworzyć pewien tekstowy koncept. Czy będzie on jednak tożsamy z zamiarem jego twórcy? Ale czy koniecznie musi? Czy powinien taki być? To już zupełnie inna sprawa. Można rzec, iż taką doskonale kondensującą zawartość tekstową zajmującego nas wydawnictwa jest fragmencik wyciągnięty z tekstu towarzyszącemu kompozycji „Voices”: „Thought disorder. Dream control”. / „Myślenie w nieładzie. Sen kontrolowany”. Taki swoisty miszung! Nie należy się jednak zrażać i samemu doszukiwać się w nich „mądrości autora”. Mnie szczególnie przypadły do gustu te bardziej poetyckie i refleksyjne fragmenty w rodzaju: „Złapany w sieć, usunięty ze świata, zawieszony na wirującej nici kłamstw, które zapisały testament w mojej głowie”. („Caught In A Web”); „Może jestem tylko przemijającą Kasandrą, ikoną krwawiącą dwadzieścia wieków? Ochotnikiem gotowym dźwigać na swoich barkach trud Zbawienia, podejmującym próbę ucieczki z izolacji? Jestem świadkiem Odkupienia. Słyszałem jak mówisz ale nigdy Cię nie słuchałem. Możesz uwolnić mnie od moich sekretów? Czy wyrwiesz nas z mocy ciemności?” („Voices”); „Tam, leży Milczący Człowiek. Grzech porzucony przez oszustów. Bóg pozbawiony swoich wyznawców. Mogłem płynąć z prądem na wietrze ciszy. A może w ogóle nikt tego nie zauważy?” („The Silent Man”) – (tłum. własne). Jeśli czytający potraktuje te fragmenty, jako formę zachęty do głębszego wniknięcia w treść całości, to będzie oznaczało, że… spełniły swoją rolę.

Recenzja „Awake”, jako element kolejnej naszej (nie ukrywam, że dla mnie wyjątkowy) pomnikowej propozycji, wyszła mi długa, bo i omawiana płyta jest długa (ponad 75 min.)! Posiłkując się sparafrazowanym nieco tekstem pewnej powszechnie – jak mniemam – znanej i lubianej od pokoleń dziecięcej piosenki dodam, że dla mnie osobiście: nie długa, nie krótka lecz w sam raz – zapuszczę „Awake” jeszcze nie raz. Oj, jeszcze nie raz!

K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *