Recenzja #83 Marek Grechuta “Magia Obłoków”

MAREK GRECHUTA – “Magia Obłoków” ; 1974 Pronit

Niniejszy tekst należy traktować (odczytywać) zarówno w kategorii hołdu składanego temu muzykowi ale również jako (cząstkową i jakże niewiele znaczącą) próbę spłaty długu wdzięczności piszącego te słowa za piękną w formie i jakże bogatą w treści twórczość, którą się z nami, słuchaczami wspaniałomyślnie przez długie lata swojej kariery dzielił i jaką po sobie pozostawił. Za to, co ten mistrz stworzonej i wykreowanej przez siebie unikalnej artystycznej formy, powstałej wskutek subtelnego połączenia i przenikania się mniej lub bardziej konwencjonalnych dźwięków z treściami poetyckimi po sobie pozostawił. Zarówno za to, co stworzył i co doceniliśmy, jak i za to, co osiągnął dzięki twórczej inwencji, a czego niestety nie zaakceptowaliśmy, bądź – co gorsza – świadomie zignorowaliśmy!  Przykro jest mi o tym pisać i bardzo nad tym ubolewam ale społeczna świadomość dokonań tego wielkiego artysty, jakim bez wątpienia jest Marek Grechuta, ogranicza się do znajomości kilku, bądź kilku plus jeszcze kilku tytułów, które gdzieś, kiedyś, w młodości (dotyczy starszego pokolenia słuchaczy) zasłyszeliśmy, w najlepszym razie do składanek typu: „The best of”, „Złote przeboje” i im podobnych. A przecież artysta tej miary zasługuje na poświęcenie mu więcej – zdecydowanie więcej uwagi i czasu.

Dlaczego przypominam akurat tę pozycję z bogatego katalogu wydawnictw sygnowanych nazwiskiem tego wspaniałego artysty? Wydaje mi się, że jest to pozycja przełomowa w dorobku tego muzycznego poety; to materiał zdecydowanie niedoceniony w czasach swojej rynkowej premiery i niedoceniany współcześnie – zupełnie bezpodstawnie i niesłusznie! „Magia obłoków” ukazuje się w naszym cyklu nie dlatego, że cenię ten album najbardziej ze wszystkich dokonań Mistrza Marka, a raczej dlatego, że pierwszych dwóch jego wydawnictw („Anawa” z 1970 i „Korowód” z 1971 ) po prostu nie wypada w tym miejscu wymieniać, gdyż one od kilku już dziesięcioleci szczycą się mianem – i w rzeczy samej za takie uchodzą i na takie zasługują – jednych z najwspanialszych i najdoskonalszych dokonań w historii rodzimej muzyki popularnej, czy jak ktoś woli: rozrywkowej. „Magia obłoków” w mojej opinii, już dawno sobie na obecność w tym zacnym gronie niezapomnianych albumów zapracowała (chociażby przez ilość spędzonych godzin w moim odtwarzaczu) i piszę te słowa z całą świadomością i przekonaniem o jej wyjątkowym charakterze. To drugi z albumów zarejestrowanych już bez udziału towarzyszącej wcześniej artyście grupy ANAWA (ich drogi rozeszły się w 1971 roku). Wcześniejszy „Droga za widnokres”, choć również bardzo udany, traktować powinno się raczej, jako próbę przetarcia nowej ścieżki – nowe rozdanie w karierze muzycznej Grechuty. W roku 1973 rozpoczął współpracę z inną, założoną przez siebie grupą występującą pod nazwą WIEM, którą należy odczytywać, jako: W Innej Epoce Muzycznej. Zarówno w nowym personalnym, jak i artystycznym rozdaniu, zmieniło się wiele ale nie zmieniło się jedno: Grechuta w całym okresie trwania swojej kariery artystycznej i estradowej otaczał się i dobierał sobie do współpracy znakomitych muzyków.

Trudno jednoznacznie orzec, dlaczego ten materiał nie spotkał się z takim odzewem ze strony słuchaczy rozkochanych w zawartości wczesnych dokonaniach artysty? Bo choć „Magia obłoków” nie obfituje co prawda w taką ilość przebojów (w najlepszym znaczeniu tego słowa), jakie w wielkiej obfitości znajdziemy na wspomnianych poprzedniczkach, to pięknych i urzekających kompozycji z fantastycznymi i – co w przypadku tego artysty stanowiło normę – poetyckimi tekstami znajdziemy tutaj nie mniej, niż to wcześniej bywało. Bardziej rozimprowizowane granie także nie powinno żadnego z dotychczasowych miłośników twórczości tego artysty dziwić, wszak już „Korowód” – tytułowy utwór z ostatniej płyty Grechuty z ANAWĄ, dobitnie sygnalizował nowy kierunek artystycznych poszukiwań w karierze artysty. To już wówczas zrodziła się nowa koncepcja na rozwinięcie dotychczasowej konwencji. Miało nim być swoiste połączenie poezji z muzyką improwizowaną. Grechuta sukcesywnie udowadniał, że wciąż chce być artystą wielkiego formatu, lecz niekoniecznie jednego schematu. Oczywiście o jakiejś radykalnej wolcie w wykonaniu tego śpiewającego poety mowy być nie mogło, niemniej jednak w warstwie instrumentalnej nie dało się nie zauważyć czytelnych aluzji do tego, co już nieco wcześniej do rockowej spuścizny wniosły zespoły pokroju King Crimson („Walc na trawie”, „Ulica cieni”, „Zmierzch”) czy też The Mahavishnu Orchestra („W pochodzie dni i nocy”, „Godzina miłowania”). To jednak wciąż ten sam zwiewny, ulotny klimat z jakim wielbiciele jego talentu zetknęli się już na wcześniejszych albumach, jednak podany w nieco zmienionej, bardziej jazzującej warstwie muzycznej – muzycy towarzyszący soliście świetnie odnajdywali się w tym naturalnym dla nich środowisku. Ta drobna wizerunkowa korekta nie powinna w najmniejszym choćby stopniu utrudniać odbioru materiału i w wyraźny sposób wpływać na jego ocenę końcową. Można próbować uzasadniać mniejsze zainteresowanie tym pięknym albumem faktem, iż nie wylansowano z niego żadnego wielkiego przeboju na miarę „Wesela”, ”Będziesz moja panią”,Nie dokazuj” czy chociażby „Dni, których nie znamy” ale jak tu nie docenić piękna tak fantastycznych, ulotnych i subtelnie rozwijających się linii melodycznych towarzyszących  kompozycjom w rodzaju: „W pochodzie dni i nocy”, „Świat w obłokach”, „Godziny miłowania”, „Na szarość naszych nocy”? Toż to perełki naszego muzycznego dziedzictwa, których wstyd nie znać! Osobiście nie mam z odbiorem tego materiału żadnego problemu i nie dostrzegam w nim jakiegokolwiek dysonansu. Ale ja słucham zawsze płyt w całości, od początku do końca (zawsze w układzie/kolejności zaproponowanej przez wykonawcę), nie „na wyrywki”, więc może dlatego jest mi łatwiej zaaprobować kierunek kolejnych muzycznych poszukiwań zaproponowanych przez wykonawcę? Można zatem domniemywać, z dużą wszakże dozą prawdopodobieństwa, iż na mniejszą popularności tego albumu nie miała wpływu jakaś nieprzystępność czy brak przyswajalności zaproponowanego przez Grechutę materiału, gdyż o takiej nie mogło po prostu być mowy – zadecydował o tym inny czynnik: wielbiciele talentu śpiewającego architekta nie potrafili mu wybaczyć „rozwodu” z ANAWĄ – nie potrafili tego faktu zaakceptować, bojkotując kolejne muzyczne odsłony artysty. Cóż, łaska publiczności na pstrym koniu pędzi i trudno z tym polemizować.

Twórczość Marka Grechuty przedstawia nie tylko wybitną wartość artystyczną ale i edukacyjną. Dzięki niemu dane jest słuchaczowi obcować z pięknem poezji zacnego autorstwa. Poezji pełnej metafor, aluzji, cechującej się uniwersalnością przekazywanej treści. Dokonania tego artysty reprezentują bowiem ten rodzaj artystycznej wypowiedzi, której głównym ekstraktem jest słowo. Tutaj słowo ma pierwszeństwo, czyli wszystko zdaje się być na właściwym miejscu w zgodzie z odwieczną prawdą wedle której, jak głosi Pismo: „Na początku było Słowo…”. Jak na wcześniejszych swoich albumach, tak i na omawianym Zamościanin wsparł się w warstwie literackiej twórczością znakomitych poetów, sobie przypisując skromnie autorstwo jednego tylko tekstu – za to jakiego! Ten cudnej urody autorski i jakże uniwersalny, bo wciąż aktualny tekst okrasił przepiękny w swojej formie i treści utwór „Godzina miłowania”: „O gdybyś chciała zostać na dłużej, godzino miłowania, łatwiej byłoby świat nakłonić do pojednania. Łatwiej byłoby prawdę mówić, łatwiej składać słowa. Łatwiej tracić, łatwiej żegnać, łatwiej wracać znowu”. Te wspomniane poetyckie znakomitości, których twórczość stała się paliwem napędowym katalizatora o nazwie „Magia obłoków”, to: Leszek Aleksander Moczulski („W pochodzie dni i nocy”, „Na szarość naszych nocy”), Ewa Lipska („A więc to nie tak”), Tadeusz Śliwiak („Igła”), Ryszard Krynicki („Świat w obłokach”), Mieczysław Jastrun („Ptak śpiewa o poranku”). Ale warto, a właściwie to należy wspomnieć, iż oprócz tych finezyjno – poezyjnych wspaniałości „Magia obłoków” ma jeszcze do zaoferowania mnóstwo cudowności w warstwie instrumentalnej. Na 10 wypełniających ten krążek utworów, aż 3 to kompozycje stricte instrumentalne i to one weszły w skład zamieszczonej tu suity „Spotkania w czasie”, powstałej na potrzeby filmu dokumentalnego „Jastrun”, poświęconego postaci poety Mieczysława Jastruna, jednak – co warto dodać – jej wersja zamieszczona na omawianym wydawnictwie, nie jest tą samą, która stanowi ścieżkę dźwiękową do wspomnianego filmu; tutaj znajdziemy jej późniejszą, dłuższą i nieco odmienioną wersję. „Spotkania w czasie” rozpoczyna instrumentalnie „Walc na trawie”, kończy zaś piękny liryczny i można by rzec, typowo grechutowy ”Ptak śpiewa o poranku” z tekstem autorstwa samego Jastruna.

To prawda, że twórczość Grechuty – i to w ujęciu całościowym – skierowana jest w znacznej mierze do osób o większej niż przeciętna wrażliwości; takich, którzy są szczególnie wyczuleni na krzywdę drugiego człowieka, spieszących bezinteresownie (nie manifestujących udzielanej pomocy przed otoczeniem) z pomocą osobom szczególnie jej potrzebującym; takich, którzy cenią piękno w jej klasycznej, niczym nie zmąconej formie i postaci; takich, którzy starają się wieść swoje życie w harmonii z przyrodą i troszczących się o piękno w swoim otoczeniu,… Tacy ludzie nie tylko potrafią zachwycić się śpiewem ptaka o poranku ale i docenić ulotne piękno „Ptak śpiewa o poranku”. Piękno ”Magii obłoków” emanuje na słuchacza zarówno w dzień pochmurny, jak i w czasie, gdy niebo nad głową bezchmurne. Wiem co piszę, po wielokroć to sprawdzałem – to działa! Czy „Magia obłoków” zrodziła się z częstego bujania w obłokach jej twórcy? Tego nie wiem ale faktem jest, że magia wyczuwalna jest tutaj na każdym kroku, a właściwie w każdym dźwięku! Zatem magia? Tak, magia… ale obłoków!

Dzisiejsze czasy nie służą podobno kontemplowaniu sztuki, nie mamy czasu na czytanie poezji,… A skoro tak, to spróbujmy znaleźć go przynajmniej na tyle, by trafiała ona do nas za pośrednictwem twórczości takiego Mistrza Słowa, jakim jest Grechuta. Cieszmy się i radujmy jego ponadczasową twórczością. I oby tylko sięgać po nią chciały – i docenić – kolejne pokolenia słuchaczy, ale o to jestem jakoś dziwnie spokojny.

                    K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *