Recenzja #92 Gordian Knot “Emergent”

GORDIAN KNOT – “Emergent” ; 2003 Sensory

Ponieważ rok przestępny 2020 okazał się być, w taki czy inny sposób, fatalnym w skutkach właściwie dla całej populacji na planecie i z pewnością zapisze się w annałach historycznych jako wyjątkowo mroczny czas dla ludzkości, zatem – co zrozumiałe – nikt nikogo nie będzie winił za to, że chce jak najszybciej i jak najskuteczniej zapomnieć o tym arcydziwnym rozdziale swego życia. Jest jednak pewna rzecz, o której zdecydowanie nie wolno będzie nam (fanom muzyki) zapomnieć. Otóż w tym beznadziejnym dla wszystkich roku, odeszło z tego świata liczne grono osobowości bardzo mocno zasłużonych dla rozwoju sceny muzycznej, ze szczególnym uwzględnieniem sceny rockowej. Niestety, jak już wcześniej anonsowaliśmy na łamach Boxukultury, między innymi, pożegnaliśmy tak wybitne postaci jak Gordon Haskell i Neil Peart (Rush), ale także z ziemskim padołem pożegnali się: Alexi Laiho (Children Of Bodom), gitarzyści: Jacek Polak, Eddie Van Halen, Bob Kulick (Kiss/Doro/WASP), Jason Rainey (Sacred Reich), basista D.R.I. – Josh Pappe, perkusiści Corrosion of Conformity – Reed Mullin oraz Machine Head – Tony Constanza, i wreszcie dwóch członków legendarnej grupy Cynic, Sean Reinert i Sean Malone. W dzisiejszym, skromnym wpisie postaram się złożyć należyty hołd ostatniemu z nazwisk wymienionych na tej tragicznej liście, choć oczywiście wolałbym to uczynić (i taki był pierwotny plan) w zgoła odmiennych okolicznościach, tym bardziej, że postać tego basisty zasługiwała na to wyróżnienie bezdyskusyjnie i choć wiele bystrej wody musiało upłynąć w pięknym Dunajcu, to wreszcie nadszedł ten ważki moment.

Sean Malone to po części Cynic, po części Aghora, OSI, Spiral Architect, Spastic Ink i wreszcie Gordian Knot, to sesyjne występy na ponad pięćdziesięciu płytach różnych wykonawców. Oprócz tego, to autor publikacji akademickich z dziedziny percepcji muzyki, autor czterech podręczników dla basistów, wykładowca teorii muzyki na dwóch uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych. Wystarczy spojrzeć na to naprawdę imponujące zestawienie osiągnięć i szyldów z jakimi basista był utożsamiany, aby zrozumieć, że pomimo tego, iż w zasadzie nigdy nie był gościem na okładkach najpotężniejszych magazynów muzycznych na świecie typu Billboard czy Rolling Stone i często nawet nie można było odnaleźć tam jego nazwiska w popularnych rankingach Top 100/Hall Of Fame/Basista Wszechczasów itp., to jednak jest postacią jednoznacznie wielkiego formatu. Oczywiście trzeba też napisać, że był figurą nie zabiegającą o względy akolitów i nie szukającą poklasku, co tylko potwierdza fakt, że zazwyczaj geniusze nie szukają atencji tłumów, za to całkowicie i bez reszty oddają się idei. Dla Sean’a tą wielką ideą była swobodna eksploracja wszelkich zakamarków muzycznego uniwersum, zarówno tych praktycznych, technicznych, jak i tych czysto teoretycznych. W efekcie daje to dość specyficzny obraz eklektycznej osobowości, która równie naturalnie i kompetentnie odnajduje się na scenie z instrumentem w ręku, jak również w auli wykładowej pośród gromadki niesfornych studentów. Czuł się jak ryba w krystalicznie czystej wodzie, zarówno w estetyce metalowej jak i fusion/jazz. Zresztą, razem z Seanem Reinertem tworzyli wspólnie jedną z najwspanialszych, wpływowych i inspirujących sekcji rytmicznych w historii obu gatunków wspomnianych powyżej, jeżeli nie w historii muzyki w ogóle. Dla porządku przypomnę, że Cynic i ich debiutancki „Focus” to oczywiście ten przysłowiowy kamień milowy, który w 1993 przeniósł death metal na całkowicie inny poziom, przestawił klapki w głowach wielu muzyków i fanów oraz sprawił, że ta śmiercionośna mutacja metalu, przestała być chłopcem do bicia, za to zdecydowanie trzeba było zacząć podchodzić do niej z dużym respektem.

Był już „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera, a teraz przyszedł najwyższy czas na buszującego w dyskografii Seana Malone’a. Pomijając wspomniane już dzieło Cynic, o którym napisano już grube tomy (zasłużonych) peanów pochwalnych, definitywnie należałoby wyróżnić solowe dziecko Malone’a, z lekka przewrotnie zatytułowane „Emergent”. Dlaczego przewrotnie? A po prostu dlatego, że w 2003 roku Sean nie był już tylko wschodzącą (ang. emergent) gwiazdą bezprogowego basu, nie był sezonową efemerydą, ale już ukształtowanym, wybitnym muzykiem z pozycją. Oczywiście trochę sobie bezwstydnie śmieszkuję, ale to tylko takie niegroźne żarciki. Album, o którym mowa, jest jakby zupełnie naturalną kontynuacją historii mającej swój początek dekadę wcześniej na „Focus” ze wspaniałym stadium pośrednim w postaci „Cortlandt”, czyli pierwszą (i jedyną sygnowaną nazwiskiem basisty) solową płytą Seana, wydaną w 1996 przez malutką oficynę AudioImage, która na dobrą sprawę zajmowała się tylko i wyłącznie twórczością basistów sensu stricto.

Na „Emergent” koncepcja w zasadzie pozostała ta sama, co w nieodległej przeszłości, choć być może nieznacznie zmieniły się detale. Szczerze nie zazdroszczę tym, dla których album instrumentalny to najgorszy koszmar i zło w czystej postaci. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że istniały, istnieją i będą istnieć osoby, które takie wydawnictwa będą zawsze i wszędzie irytować i nawet jestem w stanie zrozumieć taki stan rzeczy. Sam przecież niechętnie sięgam po takie albumy, które wspomagają akt wydzielania endorfin, dopaminy i prolaktyny, ale niestety głównie u samego kompozytora, z pominięciem odbiorcy finalnego. Stare ludowe porzekadło, nie bez racji mówi, iż nie wystarczy imponować biegłością techniczną, żeby zyskać przychylność gawiedzi. Dodatkowo będę się mocno upierał przy twierdzeniu, że jeżeli odsłuchowi danej płyty nie towarzyszą, choćby najmniejsze emocje, to znaczy, że ewidentnie coś jest nie tak (albo z płytą, albo ze słuchaczem). „Emergent” z pewnością wzbudza te emocje i sprawia, że pozytywny etos muzyki instrumentalnej pozostaje nie tylko nienaruszony, ale wręcz nobilitowany. I tak oto dochodzimy do miejsca, w którym trzeba dokonać morderczej wiwisekcji albumu. Zaczynamy od „Arsis”, czyli krótkiej, dwuminutowej miniatury, gdzie Mistrz wita się ze słuchaczem w wyjątkowo spokojnej atmosferze. Dalej, genialny wręcz „Muttersprache” z Jasonem Gobelem, Seanem Reinertem i Stevem Hackettem (ex-Genesis). Dzięki obecności tego ostatniego, ma w sobie jakiś śladowy, ale odczuwalny pierwiastek progrocka z lat 70-tych. I niech mi ktoś powie, że wirtuoz gitary basowej nie potrafi napisać utworu, który nie będzie trwał 15 minut z czego 14 to jego własna solówka. Już w tym kawałku widać, że kompozytor nie strzela poza tarczę, a poszczególne składniki utworu doskonale się kleją, składają i dodają. W kolejnym, „Shaman’s Whisper” mamy pełny skład Cynic w akcji, i to jeszcze jakiej! Słuchanie tej kompozycji jest tak satysfakcjonująco przyjemne, że nawet nie zauważymy jak szybko mija te sześć i pół minuty. We „Fischer’s Gambit” pojawia się gościnnie nasz stary znajomy, Jim Matheos i jak zwykle zachwyca swoją gitarą akustyczną. Ciekawostką może być fakt, że kompozycja o takim samym tytule znajduje się również na „Cortlandt”, tutaj jest jednak przearanżowana i nagrana od nowa. Dochodzimy do utworu „Grace”, gdzie Sean raczy nas wyśmienitą ucztą zagraną na Chapman Sticku z towarzyszeniem Echoplexa. To łagodna kompozycja, której perfekcyjny w funkcji czasu flow, sprawia, że na końcu mamy nieodparte wrażenie, jakoby wszystkie jej elementy i poziomy, w ostatnich sekundach łączyły się i trafiały w swoje, wyznaczone już w pierwszych taktach, jedynie słuszne miejsce. To niby drobiazg, ale właśnie takie drobiazgi stanowią o wielkości utworu. W „Some Brighter Thing” na kilka krótkich chwil spotykają się w doborowym towarzystwie, Jim Matheos, Steve Hackett, Bill Bruford, Jason Gobel i Sean Malone. I tak krok po kroku dochodzimy do przedostatniego, mocno jazzowego „The Brook The Ocean”, gdzie znów gościmy Billa Bruforda (Yes/King Crimson) na perkusji. Malone, Bruford i reszta to jak słuchanie w trzech wymiarach, perfekcyjny balans, dynamika i precyzja. Warto tutaj zwrócić uwagę na solową partię Seana, która pewnie nie bez powodu może i nawet powinna kojarzyć się z inną legendą basu, a mianowicie z nieodżałowanym Jaco Pastoriusem (Weather Report). Dobra wiadomość jest taka, że na sam koniec, dostajemy najdłuższy na płycie utwór, natomiast zła jest taka, iż „Singing Deep Mountain’ to już definitywne pożegnanie (choć szczęśliwi posiadacze japońskiego wydania mogą jeszcze cieszyć ucho bonusowym utworem w postaci „Surround Me”) z absolutnie fenomenalnym, zbudowanym z wielką starannością i dbałością o szczegóły albumem „Emergent”. Niestety trzeba też oswoić się z myślą, że to także pożegnanie z Seanem. Nie będę chyba wyważał otwartych szeroko drzwi, gdy napiszę, że jako kompozytor i instrumentalista, Sean Malone to Arcymistrz. Wiem, że to jednoznacznie pompatyczne i patetyczne zawołanie, a do zastosowania tego terminu niezbędne i konieczne jest 100% przekonania, nieskalany obiektywizm i to zdecydowanie w całości a nie fakultatywnie. Osobiście (a znam też kilku innych podejrzanych typów, którzy pod presją na pewno to potwierdzą) nie mam żadnych wątpliwości, by tym mianem operować w kontekście Seana. Można o nim powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jako kompozytor pędzi przez kolejne muzyczne fakty, zupełnie bezrefleksyjnie. Tutaj wszystko ma swój sens, porządek, logikę i piękno. Jeżeli w ramach tradycyjnych, noworocznych postanowień, masz dalekosiężne i ambitne plany, by wreszcie wypożyczyć z lokalnej biblioteki dwie książki (jedną przeczytać a drugą zgubić) albo kupić w tym roku tylko jedną, jedyną płytę CD (bo np. żona na więcej się nie zgodzi), to niech to będzie właśnie „Emergent”. I naprawdę nie warto szczędzić ciężko zarobionych dutków na tego typu wydatki, bo cel to wyjątkowo szlachetny.

(autor: Artur M.)                      

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *