Recenzja #93 SPIRAL ARCHITECT – “A Sceptic’s Universe”

SPIRAL ARCHITECT – “A Sceptic’s Universe”; 2000 Sensory

Aby uniknąć nieporozumień, zawodu czy frustracji warto sobie już na wstępie coś wyjaśnić. Chociaż SPIRAL ARCHITECT zaczerpnął swoją nazwę od tak właśnie zatytułowanego utworu pochodzącego z jednej z najbardziej klasycznych pozycji w dyskografii grupy Black Sabbath, albumu „Sabbath Bloody Sabbath”, to… Nie oszukujmy się, prawda jest taka, że „A Sceptic’s Universe” nie jest płytą adresowaną do każdego fana dokonań tej legendarnej grupy. Nawet, bez większego ryzyka mogę napisać, iż jej zawartość, to muzyka dla wybranych! Jednak, by nie nadużywać zbyt górnolotnego stwierdzenia i nie popaść w jakiś rodzaj emfazy, dokonam niewielkiej ale jakże znaczącej korekty stwierdzając – i w tej formie zabrzmi to jednak lepiej – iż jest to muzyka dla nielicznych, co nie oznacza, że tych nielicznych nie przybywa. Ta grupa sukcesywnie, choć zapewne nie tak, jak życzyliby sobie tego jej twórcy, infekuje narządy słuchu kolejnym wtajemniczonym odbiorcom dźwięków nie dających się łatwo sklasyfikować. Niemniej jednak – i tego można być absolutnie pewnym – choć ten przekaz zaliczany jest w poczet tzw. muzyki popularnej, ona sama nigdy do znaczniejszego grona odbiorców takowej nie trafi! Akceptacji, zrozumienia, a z czasem rzecz jasna uwielbienia dla takich dźwięków nie wysysa się niestety z mlekiem matki. Podobnie jak podejmowania ważnych i odważnych życiowych decyzji oczekujemy od ludzi dorosłych i doświadczonych, tak do niełatwych do zaakceptowania (oj, niełatwych!) dźwięków proponowanych przez to norweskie combo trzeba najzwyczajniej w świecie dorosnąć – i nie ma tu drogi na skróty. Ludzie karmieni na co dzień plastikowym radiowym repertuarem, na dodatek takim po wielokrotnym recyklingu, nie będą w stanie przetrwać choćby próby konfrontacji z takim „muzycznym surrealizmem”, cóż dopiero mówić o jakiejś, choćby szczątkowej w formie, próbie jego zrozumienia. Wszystkiemu winna jest tak powszechna, zwłaszcza w dzisiejszym społeczeństwie (syndrom naszych czasów?) nieumiejętność wyrobienia w sobie trudnej i wymagającej, ale jakże wiele w zamian dającej sztuki słuchania w skupieniu, uważnie, analitycznie. Bez nabycia tych umiejętności zdani jesteśmy na muzyczne propozycje serwowane nam każdego dnia, od świtu do zmierzchu, przez komercyjne stacje radiowe. Dla mnie to perspektywa nie do zaakceptowania!

Wielu słuchaczy bardzo irytuje, a niektórych wręcz odrzuca każdy rodzaj muzycznej twórczości w której jakiś muzyk bądź zespół epatuje nadmiernie swoimi umiejętnościami świadczącymi o ponadprzeciętnym czy nawet niewyobrażalnym dla zwykłego śmiertelnika opanowaniu gry na swoim instrumencie – i jestem w stanie takie osoby zrozumieć. Jeśli jednak mamy do czynienia z zespołem dla którego perfekcyjne przygotowanie techniczne i takież opanowanie instrumentów, stanowi przede wszystkim świadomy i nieodzowny imperatyw, skutkujący możliwością realizacji najbardziej nawet karkołomnych muzycznych pomysłów, wówczas takowa „przesadna dbałość o perfekcję wykonawczą” stanowi zgoła inny budulec – i w takim właśnie kontekście postrzegam twórczość SPIRAL ARCHITECT. Najważniejsze, by artysta, bądź zespół ludzi przystępujących do procesu tworzenia miał jasno i klarownie sprecyzowaną wizję tego, co chce osiągnąć i w jakie rejony muzycznej eksploracji podążać. Prawem, wręcz powinnością artysty (w naszym przypadku muzyka) jest bujanie w obłokach, wyzwalające pokłady ekscentryczności i twórczego (nierzadko niekontrolowanego) szaleństwa, bowiem z takiego połączenia rodzą się rzeczy niecodzienne, nie obarczone pokusą rutyniarstwa. W całym tym niczym nieskrępowanym procesie twórczej kreatywności ogromnie ważna rola spoczywa na producencie nagrań. Doświadczony i renomowany producent słucha pomysłów zespołu, a następnie doradza, jakie rozwiązanie będzie najkorzystniejsze dla koncepcji i kierunku poszukiwań obranych przez zespół. Wizjonerskie pomysły pomógł grupie zmaterializować, a zatem nadać im realnych kształtów nie kto inny, jak sam Neil Kernon! Na taką protekcję liczyć może naprawdę niewielu wykonawców. Zadebiutować pod okiem takiego speca, to dla ogromnej rzeszy muzykantów spełnienie marzeń. W procesie adaptacji, rozumienia tego dzieła konieczne będzie – poza skupieniem i zaangażowaniem słuchacza, o których już wcześniej wspomniałem – posiadanie przynajmniej przyzwoitej jakości sprzętu odtwarzającego, bowiem doskonała studyjna obróbka dźwięku tej produkcji, aż prosi się o wyłuskiwanie z tej kunsztownie zaaranżowanej materii ogromnej ilości niuansów, szczególików, przemyślnych  realizacyjnych trików, którymi można się bez końca delektować. Co ciekawe, album przechodził bardzo wydłużony w czasie proces realizacyjno – produkcyjny. Wersji demo zespół dorobił się już w 1996 roku. Materiał finalny został zarejestrowany „już” w czerwcu 1998 roku, zmiksowany w lutym roku kolejnego, zaś oficjalnej rynkowej premiery doczekaliśmy się dopiero w styczniu 2000 roku..   Oczywiście ta erupcja kreatywności i twórczego potencjału w przełożeniu/przeliczeniu na jeden utwór robi naprawdę niesamowite wrażenie, choć zapewne będzie niezrozumiała dla dojmująco większej części ludzkiej populacji. Domyślam się, że złudzeń co do takiego stanu rzeczy nie mieli sami twórcy tego „dźwiękowego galimatiasu”, gdyż owa jasno sprecyzowana linia twórczego rozwoju zakładała, iż nie będzie to muzyka adresowana do publiczności stadionowej i takiej jej prezentacji.            Bardzo prawdopodobne, iż już podczas pierwszej próby skonfrontowania się z tym materiałem, element o którym już wspomniałem, czyli wprost niewyobrażalna techniczna biegłość wszystkich tworzących ten zespół muzyków, rzuci słuchacza na kolana i unieruchomi na około trzy kwadranse. Cóż, to zdecydowanie prawidłowy odruch, gdyż dzięki temu pierwszemu wrażeniu przyjmujemy automatycznie jedynie słuszną pozycję w jakiej powinno się „A Sceptic’s Universe” odsłuchiwać – na kolanach właśnie!

Połączenie progresywności charakterystycznej dla wcześniejszych dokonań Fates Warning (o tym, że dokonania tych klasyków progresywnego metalu odcisnęły wyraźne piętno na dzisiejszych bohaterach naszego cyklu, świadczy chociażby zarejestrowany przez Norwegów nieobecny jednak na zajmującym nas albumie, cover znakomitego utworu Amerykanów „Prelude To Ruin”), z nieskazitelną techniką muzyków, rytmicznym zapętleniem oraz wizjonerstwem kojarzącym się z kolei z nieodżałowanym Cynic powoduje, iż otrzymujemy mieszankę iście wybuchową. Akurat przywołanie nazwy tego zacnego zespołu w kontekście opisywanego materiału nie pojawia się przypadkiem, bowiem co bardziej dociekliwi słuchacze odnotują tutaj (po zapoznaniu się z informacjami zawartymi w książeczce) gościnną obecność genialnego basisty tej florydzkiej formacji, Seana Malone. Ponieważ sporo entuzjastycznych słów pod jego adresem wyszło spod elektronicznego pióra kolegi współredagującego tę rubrykę (rec.Gordian Knot – „Emergent”), poprzestanę jedynie na króciuteńkiej wzmiance, że jego partię zagraną na sticku podziwiać możemy w końcówce „Occam”s Razor”. Jeśli popuścić wodze wyobraźni, to – przynajmniej dla niżej podpisanego – taką formę mógłby przybrać (oczywiście w warstwie instrumentalnej) drugi – i jakże wówczas wyczekiwany – album wspomnianego Cynic. Zaręczam że każdy wielbiciel zwolenników tej filozoficznej postawy, byłby takim materiałem zachwycony!

Bardzo spodobała mi się postawa wydawcy „A Sceptic’s Universe” (nie należy jej rzecz jasna traktować ze śmiertelną powagą), słynnej amerykańskiej wytwórni Sensory, który zachęcając do sięgnięcia po produkt swoich podopiecznych, jednocześnie przed nim potencjalnego słuchacza ostrzega (sic!). Takie strategia to, z marketingowego punktu widzenia patrząc, zdecydowanie nie najlepsze posunięcie, ale kto by się tym przejmował, gdy w grę wchodzi aspekt o wiele istotniejszy – ludzkie zdrowie. Szczegóły? Bardzo proszę! Na awersie albumu wzrok, zwłaszcza osoby poszukującej w muzyce czegoś nietuzinkowego, odkrywczego, niekonwencjonalnego (po prawdzie tylko do takich osób to wydawnictwo jest adresowane), zamieszczono hasło, działające na słuchacza, zwłaszcza mojego pokroju, niczym lep na muchy: „Technical, intense and truly progressive: This album marks the new era of thinking man’s metal” – ono zdaje się wszystko wyjaśniać. Na rewersie otrzymujemy jednak coś bardziej zastanawiającego i dającego do myślenia: „UWAGA! Spiral Architect w swojej twórczości wykracza daleko dalej poza tradycyjnie postrzeganą i tak mocno utrwaloną w Waszej świadomości muzykę progresywną, penetrując jej mocno skomplikowane i intensywne obszary, które zdają się wprowadzać naturę technicznego metalu w jeszcze odleglejsze rejony. „A Sceptic’s Universe” nie jest przeznaczony dla mało obytych z takimi dźwiękami słuchaczy! Kontakt z tą muzyką może się okazać przyczyną poważnego uszkodzenia Twojego zdrowia psychicznego.” (tłum. własne). Nie muszę chyba dodawać, jak cenna to dla każdego potencjalnego słuchacza informacja, zwłaszcza w kontekście naszej krajowej, wiecznie niedoinwestowanej służby zdrowia, a już psychicznego zwłaszcza. Jaki wydźwięk owe zapowiedzi wydawcy mają dzisiaj, po ponad 20 latach od wydania tego albumu? Może ciężko będzie Wam w to uwierzyć ale… wciąż aktualnie! Jestem przekonany, że „A Sceptic’s Universe” ekscytować będzie w równym stopniu co moje, co najmniej kilka kolejnych pokoleń słuchaczy! Z powyższego cytatu wywnioskować możemy, iż wcześniejsze wieloletnie obycie słuchacza w krainie dźwięków niełatwych (mało przyswajalnych, niekonwencjonalnych), a co za tym idzie, przez przytłaczającą większość populacji ignorowanych, gdyż zupełnie niezrozumiałych i nieakceptowalnych, przed próbą konfrontacji z omawianym albumem jest jak najbardziej wskazane, by nie rzec: nieodzowne. Jestem przekonany, że „A Sceptic’s Universe”, który dla piszącego i wąskiej ale wciąż (systematycznie, nie lawinowo) rosnącego grona urzeczonych tym albumem słuchaczy, jest pozycją ikoniczną, dla kompletnego laika (wielbiciela piosenki łatwej, lekkiej i przyjemnej), zaproponowana tutaj przez zespół niesłychanie dźwiękowa mozaika nie zostanie w najmniejszym stopniu przez niego doceniona i co gorsza, nie będzie miał w związku a ty żadnych wyrzutów sumienia. Nie wiem, czy jest to naturalna prawidłowość (ten temat mógłby stanowić przedmiot naukowych rozważań i dociekań) ale przynajmniej w moim przypadku jest tak, że wraz z wiekiem, a co za ty idzie stażem namiętnie chłonącego wszystko, co warte w muzycznym świecie odnotowania słuchacza, coraz bardziej brnę w szeroko rozpostarte ramiona muzyki coraz trudniejszej w odbiorze, aranżacyjnie i wykonawczo bardziej skomplikowanej, coraz bardziej wymagającej… Zatem chyba każdy słuchacz mający choćby nikłe pojęcie o rejonach muzycznej eksploracji SPIRAL ARCHITECT, nie spodziewa się po zespole reprezentującym taka stylistykę, w której nic nie jest oczywiste, zaś metrum jedynie nieparzyste (zwolennicy agogiki będą zachwyceni), że usłyszy tutaj jakieś konwencjonalne linie melodyczne? Również i w tym aspekcie z łatwością dostrzec można kolejny punkt styczny z grupą Fates Warning. Konkretnie to podobieństwo ukierunkowane jest na pierwszy okres jego działalności, kiedy wokalistą był John Arch. Oyvind  Haegeland zdaje się być bowiem jego alter ego; nie tylko „odziedziczył” po swoim wielkim poprzedniku barwę i skalę głosu, gdyż legitymując się niemal identycznymi warunkami wokalnymi w zbliżony sposób tworzy składnię, kładzie nacisk na akcenty i znakomicie radzi sobie w każdym obszarze prezentowanej tutaj wokalnej ekwilibrystyki.

Podobnie, jak do muzyki sprzed lat, lubię wracać (chociażby w celu przewertowania) do muzycznych czasopism z epoki mniej, bądź bardziej mi bliskiej. Ostatnio na ten przykład w bardzo starym, bo pamiętającym okres schyłkowego PRL-u magazynie, którego nazwy nie warto w tym miejscu wspominać, natknąłem się na taką oto wypowiedź Marka Piekarczyka – tak, tego Marka Piekarczyka, wokalisty legendarnej grupy TSA (cyt.): „METALLICA: Szanuję ich za wykonawstwo. Grają znakomicie, z ogniem. Lubię też ich image. Nie wyglądają jak poprzebierane małpy. Są normalnymi kolesiami w dżinsach. Ale te ich kompozycje – zespół z domu kultury! Nie można tak komponować!” Nauczyciel z bożej łaski się znalazł! Całątę krytyczną wypowiedź młodego jeszcze wówczas „profesora” Mareczka, można by o kant d… rozbić, bo tylko do tego się nadawała, gdyby nie fakt, iż dotyczyła w gruncie rzeczy najdoskonalszych dokonań chłopaków z „Master Of Puppets” i „…And Justice For All” na czele. Zastanawiam się czy wygłaszanie takich bredni było/jest przejawem niedopasowania społecznego czy należy je traktować jedynie, jako efekt – może i mało szkodliwego ale jednak – chojractwa/kozactwa osoby wykorzystującej swój medialny status, czy też (co gorsza!) jest już efektem umysłowej afazji? Z racji tego, że cytowany mędrzec nigdy nie należał ani do moich ulubionych wykonawców, ani tym bardziej nie był dla mnie autorytetem w kwestii kształtowania mojego muzycznego gustu („Wyrocznią” w tym obszarze był dla mnie raczej Roman Kostrzewski), mogłem sobie takie „kwiatki” ignorować, ale ilu znalazło się takich czytelników, którzy dzięki Mareczkowi, po nagrania Metalliki nigdy nie sięgnęli? Tylko wybitni – i nieliczni – „artyści”, powinni mieć możliwość publikowania swoich wypowiedzi! Tak sobie pomyślałem, z szyderczym uśmieszkiem na ustach, co też „profesor” Marek P. miałby do powiedzenia na temat jedynego utrwalonego w formie albumu dokonania SPIRAL ARCHITECT? Naturalna prawidłowość jest taka, że muzyką raczymy się w celu zrelaksowania, odprężenia, jednak w przypadku kontaktu z „A Sceptic’s Universe” zalecałbym działanie zgoła odmienne. Spróbujcie zmierzyć się z tym materiałem będąc już wypoczętymi i zrelaksowanymi – taka droga wydaje mi się najskuteczniejszym sposobem absorpcji tych dźwięków. W przeciwnym razie możecie w stosunkowo krótkim czasie, przyczynić się do jeszcze większej zapaści naszej służby zdrowia, powiększając grono pacjentów oczekujących w kolejce do poradni zdrowia psychicznego, a przecież nie takiego efektu ubocznego od muzyki oczekujemy, prawda? 

(Recenzent: Karol F.)

1 thought on “Recenzja #93 SPIRAL ARCHITECT – “A Sceptic’s Universe”

  • Hi hi… Pan recenzent kilka tygodni temu pisze o Swietach Bożego Narodzenia i całej otoczce, a potem wychwala kolesia z zespołu Kat, który jest zagorzałym ateistą, który na swej solowej płycie Woda napisał co jest dla niego prawdziwym Bogiem i skarbem i życiem… Teraz czekamy na pełne szacunku słowa o Nergalu, naszym narodowym mistrzu postępu i plugawienia wartości, które od wieków były nietykalne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *