Recenzja muzyczna #105 THE SHADOW THEORY – “Behind The Black Veil”

THE SHADOW THEORY – “Behind The Black Veil” ; 2010 InsideOut Music

Na muzycznym podwórku Devon Graves już od dawna nic nie musi, a za to wszystko może. Od czasów Psychotic Waltz, po którym schedę z powodzeniem przejął Deadsoul Tribe, Buddy Lackey robi za towar ze znakiem 100% gwarantowanej jakości – i to jest słuszna koncepcja. Wbrew pozorom tych „towarów” wcale nie jest tak dużo, bo w sumie tylko kilkanaście, a wśród tych kilkunastu albumów, w których dzielnie partycypował pan Graves jest taki jeden nieoczywisty, o którym z pewnością warto byłoby tutaj wspomnieć. Nagrany pod szyldem The Shadow Theory potrafi zaintrygować już samym składem osobowym, bo oprócz wspomnianego wokalisty mamy również basistę Pain Of Salvation Kristoffera Gildenlow’a, perkusistę Threshold Johanne James’a, gitarzystę Arne Schuppner’a z Complex 7, a także klawiszowca Demi Scott’a. Ten ostatni jegomość to trochę taka szara eminencja, właściwie nikomu bliżej nie znany muzyk, a jednak jakby na to nie patrzeć, to właśnie za jego przyczyną powstał ten cały projekt, zagadkowo zatytułowany „Behind The Black Veil”.

Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłem uwagę była okładka autorstwa znanego i cenionego Travis’a Smith’a, jakby żywcem wyjęta z klasycznych horrorów Kinga Diamonda. Mogłaby z powodzeniem zdobić np. „Them II”,… gdyby takowy kiedykolwiek powstał. Zresztą, lirycznie, a zwłaszcza klimatycznie, można by tutaj znaleźć jeszcze więcej nawiązań do twórczości duńskiego Maestro i miłośnicy jego twórczości mogą niechybnie płakać ze szczęścia. Ale wracając już do naszej głównej bohaterki w czarnym welonie… Niestety to nie jest płyta, przy której dobrze będą bawić się istoty inteligentne bezobjawowo ani ci, którzy na godzinę potrafią zaparkować swoją wyobraźnię w bezruchu i na końcu być jeszcze z tego faktu zadowolonym. To już prawie dogmat i chyba nie ma zbytnio o czym dyskutować, ale tutaj niezbędne będzie całkowite oddanie się atmosferze i zainwestowanie całej uwagi w odkrywanie i podążanie za wszystkimi wątkami głównymi i pobocznymi. Oczywiście dla tych, co mają kieliszek pełny do połowy to będzie zacna uczta, natomiast ci, którzy ten kufel mają do połowy pusty, z pewnością znajdą cały arsenał argumentów by odsądzić album od czci i wiary.

Rzadko kiedy udaje mi się zgodzić z niedorzecznymi marketingowymi nalepkami na płytach CD, ale w tym wypadku Inside Out wyjątkowo dobrze oddało ducha i literę, pisząc o kombinacji thrashu, psychodelii, metalu symfonicznego oraz folku i prog rocka. Można by nawet rzec, że trafili w punkt! Ten wyborny muzyczny tygiel zawdzięczamy w głównej mierze utalentowanemu kompozytorowi rodem z Grecji. Demi Scott (Dimitris Skotinis), bo o nim mowa, to postać jakby żywcem wyjęta z jakiejś (nomen omen) greckiej tragedii. W wieku 4 lat rozpoczął naukę gry na pianinie, a gdy przyszedł czas na szkołę muzyczną, ukończył kurs w dwa lata (zamiast 6-ciu w normalnym cyklu). Mając niespełna 17 lat stał się już zawodowym keyboardzistą, zbierając doświadczenie przez następnych 15 lat, podczas których występował na najróżniejszych scenach, w różnych krajach, z rożnymi muzykami. No i niby gdzie ta zapowiadana tragedia, zapyta ktoś? Już spieszę z wyjaśnieniami. Wszystkie te długie lata spędzone na licznych sesyjnych występach, wszystkie próby własnych kreacji i wybicia się spełzły w zasadzie na niczym. Jak to zwykle bywa w takich wypadkach, finalnie mogło się okazać, że wykonał kawał dobrej, zupełnie nikomu niepotrzebnej roboty. Rozczarowanie młodego muzyka było na tyle mocne, że poważnie rozważał zakończenie wszelkiej działalności związanej z przemysłem estradowym. Dosłownie rzutem na taśmę, Demi nawiązał kontakt z Devonem wysyłając mu e-maila z barwną historią tego, co leży mu na sercu, nerkach i wątrobie, dołączając do tego pliki z próbkami własnych kompozycji. Oczarowany tym co usłyszał, wokalista Psychotic Waltz, po zapoznaniu się z materiałem nie tracił czasu i czym prędzej zaprosił Scott’a do współpracy, której finalnym efektem stało się podpisanie kontraktu z Inside Out i wydanie „Behind The Black Veil”. Aż strach pomyśleć, że gdyby nie to, iż w ostatnim momencie Graves przyszedł w sukurs tej słusznej sprawie, nie byłoby już teraz czego słuchać, nie byłoby o czym pisać, a świat straciłby kolejnego wartościowego artystę. Inna sprawa, że nie mam bladego pojęcia i nawet nie chce mi się dociekać, dlaczego do dzisiaj nie otrzymaliśmy żadnej innej produkcji z logo The Shadow Theory? Swego rodzaju zadośćuczynieniem i być może jakimś wyjaśnieniem priorytetów Devona Graves’a, stał się dopiero wydany w 2020 genialny „The God-Shaped Void” Psychotic Waltz.

Warto zauważyć, że „Behind The Black Veil” należy do tej przeuroczej rodziny albumów, gdzie z upływem czasu jej notowania będą raczej rosły a nie obniżały się. Nikt nie zaprzeczy, że to przecież ogromnie istotny parametr i oczywiście w pełni zgodny z linią przewodnią Muzycznych Pomników. Mamy tu idealny przykład na to, jak umiejętnie przesunąć środek ciężkości na warstwę liryczną i nagrać płytę, która w najmniejszym stopniu nie epatuje techniką (choć oczywiście i ona jest tu nienaganna) ale swoje główne walory upatruje w specyficznej aurze i frapująco opowiedzianej historii. Trzeba wspomnieć, że to Devon Graves w całości jest odpowiedzialny za tę wieloznaczeniową, metaforyczną jazdę bez trzymanki. Kto jak kto, ale Buddy Lackey należy do elitarnego grona, gdzie obok wspomnianego już Kinga Diamonda, na swoich skórzanych fotelach dumnie zasiadają Claudio Sanchez, Arjen Lucassen, Nick Barrett, Russell Allen, Devin Townsend, Neal Morse i kilku innych znamienitych bajkopisarzy.

Kiedy wieczorową porą wychodzisz z kina po dobrym seansie, to z pewnością poszczególne sceny czy dialogi, na długo zostają ci w głowie, co przekłada się na przemożne pragnienie by zobaczyć to jeszcze raz i to ewidentnie może świadczyć o jakości takiego dzieła filmowego. Analogicznie, po końcowym wybrzmieniu ostatniego, prawie ośmiominutowego utworu

„A Symphony Of Shadows” będziecie żwawo przebierać nóżkami, aby jak najszybciej z przyjemnością, po raz kolejny wrócić do tej powabnej historii. W czasach permanentnego przerostu mizernej formy nad słabowitą treścią, ten album jawi się jako najprawdziwsza perełka z konkretną treścią i piękną formą, a wszystko to w idealnych wręcz proporcjach. Naprawdę potrafi uwieść. A ponieważ kontrola najwyższą formą zaufania, to sprawdźcie sami.

Recenzent: Artur M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *