Recenzja#88 STARBREAKER – Love’s Dying Wish

STARBREAKER – Love’s Dying Wish; 2008 Frontiers Records

Całkiem niedawno, w ramach dorocznych, wakacyjnych remanentów na półkach z CD, wygrzebałem sobie z tych przepastnych czeluści tytuł, który swego czasu zawładnął był moim odtwarzaczem bez żadnej taryfy ulgowej, bo krążek nie opuszczał tacki przez długie dni (a może nawet były to tygodnie?). Dzisiaj nie pamiętam już dokładnie, jaki tytuł arogancko go zdetronizował w tamtym momencie, ale również później z wielką przyjemnością wracałem do niego wielokrotnie.

Gdyby wyjątkowo elokwentny prowadzący zapytał w jakimś wyimaginowanym, chorym z założenia quizie, jakie muzyczne video (zwane swego czasu teledyskiem) może równać się kreatywnością np. z takim „Land of Confusion” Genesis, albo jaki festiwalowo – koncertowy set mógłby ewentualnie mierzyć się poziomem intensywności np. z pamiętnym 20 minutowym występem Queen na „Live Aid”, albo też, jaka okładka mogłaby zawalczyć klasą np. z obrazkiem zdobiącym album Dead Can Dance „Into The Labyrinth”, to bez względu kto odpowiadałby na tak dziwacznie sformułowane pytania, czy byłby to człowiek z łapanki na ulicy, czy też muzyczny erudyta, jestem przekonany, że w żadnej z wymienionych powyżej opcji z pewnością nie padłaby nazwa Starbreaker – i to nawet przy kilkudziesięciu podejściach, i nawet gdyby każdy uczestnik zadzwonił do swoich kilkunastu przyjaciół,ł a ci do swoich przyjaciół… Ale po jakiego gwinta wspominam o takich rzeczach i czyżby moim celem była całkowita dyskredytacja zespołu, zanim jeszcze cokolwiek więcej o nim napiszę? Na szczęście, w swoim ewidentnym szaleństwie pozostały mi minimalne ilości rozsądku i ta historyjka o bardzo wątpliwej wartości edukacyjnej, ma na celu podkreślić fakt, że dobrych (w tym wypadku muzycznych) rzeczy należy szukać nie tylko na samym szczycie szczytów.

Starbreaker wywodzi się z jednej z moich ulubionych stajni, włoskiej Frontiers Records, która może się pochwalić zasobnym katalogiem zawierającym wydawnictwa m.in. Vanden Plas, Jorn, Royal Hunt, czy takich gigantów jak: Whitesnake, Yes, Def Leppard, Toto, Asia, Uriah Heep, Foreigner i wielu, wielu innych. W tak doborowym towarzystwie, wytwórnia Frontiers, z wiadomych wizerunkowo – biznesowych przyczyn, nie mogłaby sobie pozwolić na wypuszczenie jakiegoś miernego wypierdka. Ale to oczywiście nie sam czar i prestiż wydawcy sprawiły, że sięgnąłem właśnie po tę płytę. Będzie to propozycja dla miłośników kompetentnego hard rocka, spragnionych kompozycji ociekających melodią. Oj tak, tak, jeśli chodzi o pisanie utworów wpadających w ucho, to Starbreaker jest tym, co wyleniałe tygrysy lubią chyba najbardziej.

Aby ustalić przyczyny i okoliczności powstania tej płyty jak i samego zespołu, musimy cofnąć się do roku 2005, bo to właśnie wtedy wokalista TNT, Tony Harnell zapragnął był realizować swoje pomysły w formacie solo. Jak to często w takich przypadkach bywa, solowy projekt zmienił swoje oblicze i po dokooptowaniu odpowiedniego personelu grającego, stał się pełnokrwistym zespołem. Jeśli chodzi o muzyków, którzy weszli w tę kooperację, to wystarczy chyba wspomnieć, że cieplutką posadkę perkusisty objął nie kto inny a sam John Macaluso (Ark, MCM, Malmsteen). Dla mniej zorientowanych wspomnę, że ten człowiek bębnił na ponad dwustu znaczących wydawnictwach i ten licznik wciąż bije. Drugim cennym nabytkiem stał się gitarzysta Magnus Karlsson znany chociażby z Primal Fear, projektu Allen/Lande i wielu innych występów sesyjnych. Natomiast basem operował nieco mniej znany, ale równie kompetentny Jonni Lightfoot. Wracając jeszcze na moment do Harnella, to jego wokal, jakoś w TNT niespecjalnie mi podchodził i nie mogę też powiedzieć, że mnie w minimalnym stopniu ekscytował, inna sprawa, że samo w sobie TNT nigdy nie leżało w ścisłym kręgu moich zainteresowań. Dla odmiany, w tej konstelacji jego śpiew ewidentnie mnie „rusza” i konia (polnego lub morskiego do wyboru) z rzędem temu, kto jest mi w stanie wytłumaczyć taki dziwny stan rzeczy.

„Love’s Dying Wish” można traktować trochę jako odreagowanie na techniczne wygibasy instrumentalistów i wszelkie zawiłości koncept albumów. Taka przeciwwaga jest przecież bardzo wskazana dla zdrowia i balansu psychicznego słuchacza, tym bardziej, że nie jest to takie typowe ”odmóżdżenie”. Jak wyżej wspomniałem, kadra wykładowcza Starbreaker, to bez wątpienia profesorzy, a co najmniej doktorzy z habilitacjami, w związku z tym, nie ma najmniejszej nawet obawy, że odwalą tu sztukę dla sztuki. Gdyby kogoś to bardzo interesowało, to w sprawie ustalenia zarysów stylistyki, mój plebejski gust i zwichrowany muzyczny GPS, pozwala mi luźno ustawić Starbreaker w towarzystwie Tesli i to chyba wystarczy za rekomendację, prawda?

Dwanaście kawałków, które może nie zaskoczą nas niczym odkrywczym, ale jeśli ktoś kocha muzykę metalowo – hardrockową w najlepszym z możliwych wydań, to tutaj znajdzie absolutne ukojenie. Rasowo rockowe riffy, wspaniała praca perkusji, liczne i melodyjne gitarowe solówki wręcz stworzone do grania na wielkich stadionach, podobnie z resztą jak wyśmienite refreny. Wystarczy posłuchać “ End of Alone”’; “Hide”; “Evaporate”; “Hello Are You Listening” albo “Beautiful Disaster”. Szczególnie chyba, te dwa ostatnie pokazują, że grzechem byłoby nie zagrać ich na jakimś letnim festiwalowym spędzie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to Starbreaker nigdy nie promowało się na trasie koncertowej i pewnie w dobie wirusowego szaleństwa nie ma realnych szans na jakąś odmianę w tym temacie. Mimo, że pompatycznym stadionowym zaśpiewom mówimy stanowcze, raczej nie, to z prawdziwą rozkoszą zobaczyłbym tych panów na żywca, bo ich muzyka wydaje się do tego idealna. Co ja wygaduję, ona jest idealna! Tak czy owak, nie ma co płakać nad rozlanym piwem, lepiej to piwo po prostu wypić, póki trzyma procenty.

Jeżeli poruszamy się w kategorii realne oczekiwania publiczności, to nie ma co liczyć na jakiś cud i na miliony sprzedanych egzemplarzy. Taka jest prawda i absolutnie nie można z nią polemizować, choć taka konstatacja to oczywiście fakt smutny jak rura przepustowa w rowie melioracyjnym. W konsekwencji i już chyba tradycyjnie w naszej rubryce, „Love’s Dying Wish” będzie skierowane do słuchaczy przywiązujących większe znaczenie do aspektów jakościowych muzyki, szczególnie w sensie kompozycji i techniki. Ale nawet jak ktoś ma zdiagnozowane muzyczne adhd i dodatkowo niespokojne myśli, to jedno jest pewne – ta płyta daje po prostu potężny zastrzyk przyjemności ze słuchania, a przecież o to w tym wszystkim chodzi.

A.M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *