Recenzja#90 TRANS – SIBERIAN ORCHESTRA – “Beethoven’s Last Night”

TRANS – SIBERIAN ORCHESTRA – “Beethoven’s Last Night” 2000r., LavaRecords/Atlantic Rec.

Od kilku już lat w tym okresie zwykliśmy proponować albumy z tematyką bożonarodzeniową w tle, bądź takie, które zawierały w sobie choćby śladowy świąteczny pierwiastek. Nazwa wykonawcy, któremu poświęcę dzisiejszy odcinek, zaistniała w świadomości słuchaczy muzyki wysokich lotów, jako dostarczyciel ”świątecznych”, wyrafinowanych, zrealizowanych z symfonicznym rozmachem albumów, umilających nam spędzanie wyjątkowych, świątecznych chwil, i z takim repertuarem jest głównie kojarzona. Ja jednak pozwolę sobie użyć tego szyldu w zupełnie innym kontekście, choć muzyczna zawartość tej propozycji w dalszym ciągu będzie doskonała, wykwintna i oczywiście zrealizowana z symfonicznym rozmachem. Trzeci album w dyskografii TSO o jakże znamiennym tytule „Beethoven’s Last Night” przysłuży się bowiem celebracji innego doniosłego wydarzenia – dzięki niemu ponownie włączymy się w obchody roku beethovenowskiego i uczcimy 250 rocznicę urodzin tego wspaniałego kompozytora, którego dokładna data urodzenia niestety w dalszym ciągu nie została ustalona (za najbardziej prawdopodobną uznaje się dzień 16 grudnia 1770 roku). Na swój sposób zainaugurowaliśmy obchody tego wydarzenia już w pierwszym z wystawionych tegorocznych pomników (ACCEPT – „Metal Heart” ) – zainteresowanych szczegółami odsyłam do lektury tamtego tekstu. Niniejszy zaś miał w zamyśle stanowić swego rodzaju klamrę spinającą, dopinającą, ten jakże ważny dla miłośników twórczości niemieckiego kompozytora rok.

TSO A.D. 2000, to ponownie ten sam sprawdzony i zgrany zespół ludzi, niezmiennie ten sam team kompozytorski (Paul O’Neill, Robert Kinkel, Jon Oliva), ta sama orkiestra,… i już choćby tych kilka faktów nasuwa pewne przypuszczenia, co do zawartości omawianego wydawnictwa. Tak, zgadza się, i tym razem zespół przedstawił bliźniaczo podobną muzyczną miksturę przyrządzoną wg. sprawdzonej już wcześniej i entuzjastycznie przyjętej przez odbiorców recepty. A efektem tych starań jest kolejny porywający materiał, choć historia – temat, jaki wzięli tym razem na warsztat, zdecydowanie bardziej wymagający i to zarówno jeśli idzie o samych twórców, jak i odbiorcę. Obfitość muzycznych doznań stanowi sama w sobie wartość niezaprzeczalną lecz nie da się docenić w pełni zawartości tego materiału bez uwzględnienia i zagłębienia się w jego warstwę liryczną, a ta dla wielu jej odbiorców stanowić będzie trudną przeprawę. Niemniej jednak wszystkim tym, którzy podejmą świadomą próbę „zmierzenia się” z tym albumem, zalecam – najlepiej, zanim jeszcze krążek zacznie kręcić się w odtwarzaczu – zaznajomienie się z zarysem, streszczeniem opowieści, której przedstawienia podjęli się twórcy „Beethoven’s Last Night”, a zajmuje ono niemal cztery strony książeczki wydawnictwa zapełnione na dodatek drobnym drukiem! Bez zaznajomienia się z nim, słuchacz – i owszem – będzie bez wątpienia zachwycony stroną muzyczną całego przedsięwzięcia ale niemalże zupełnie pozbawiony wiedzy i świadomości tego, co rozgrywa się w jej tle, gdyż bez wiedzy wyniesionej z tego fragmentu, nie będzie w pełni zaangażowanym uczestnikiem tego muzycznego misterium, a to – umówmy się – połowiczna satysfakcja. Potrzeba naprawdę sporego zaangażowania, by nie tylko zachłysnąć się bajkowym muzycznym wywarem ale także zaczerpnąć esencji tego ekstraktu. Wszystkich, którzy łakną muzyki łatwej lekkiej i nie wymagającej żadnego zaangażowania odsyłam do komercyjnych rozgłośni radiowych – tam takową znajdą. Mam wszakże przypuszczenie, graniczące wszakże z pewnością, iż do tego grona nie zaliczają się nasi Czytelnicy, zatem…

Zaopatrzeni w wiedzę jaką wyniesiemy ze wspomnianego streszczenia, bez większych przeszkód podążać będziemy tropem przedstawionej nam tu intrygującej opowieści – ta zaś przybrała formę utworu literackiego. Mamy tu bowiem do czynienia z dramatem i to podanym w jego klasycznej formie (z zachowaniem jedności: czasu, miejsca i akcji). O randze przedsięwzięcia świadczy choćby stylizowana i nawiązująca do największych dramatów klasycznych, strona tytułowa z wymienionymi w niej postaciami biorącymi udział w sztuce (jej reprodukcję także znajdziemy w książeczce towarzyszącej temu wydawnictwu), gdyż obok rzecz jasna tytułowego bohatera, zetkniemy się w tej opowieści z: PRZEZNACZENIEM (ukazanym tutaj w postaci młodej, cudownej kobiety), jej garbatym i karłowatym synem TWISTEM, MEFISTOFELESEM (Diabeł we własnej osobie), TERESĄ (największa i jedyna zarazem miłość Beethovena), MUZAMI (głosy artystycznej inspiracji) oraz DZIEWCZYNKĄ (sierota w wieku ok.6 lat). I właśnie pojawienie się tego osieroconego dziecka, zupełnie Beethovenowi obcego, które widzi pierwszy raz w swoim życiu i które w sztuce nie wypowiada choćby jednego słowa, jest niezmiernie istotnym elementem – elementem zwrotnym – dla dalszego rozwoju i przebiegu akcji. Przebiegły Mefistofeles stawia bowiem na szali życie tego dziecka w zamian za rękopis nieukończonej jeszcze przez Mistrza z Wiednia X Symfonii – niezwykłej i określanej przez niego samego dziełem życia. Ponieważ ten legendarny muzyczny utwór jest osią całego konceptu zaprezentowanego na albumie „Beethoven’s Last Night”,  warto w tym miejscu wspomnieć, iż jednym z najbardziej spektakularnych projektów mających uświetnić rocznicowe tegoroczne obchody, jest próba ukończenia tego dzieła. Oczywiście ten zamysł zostanie zrealizowany przy użyciu najnowszych technologii i z wykorzystaniem powszechnie obecnie stosowanych we wszystkich dziedzinach nauki, tzw. modeli algorytmicznych, mających zagwarantować, iż efekt końcowy zabrzmi w pełnym stylu beethovenowskim. Cóż, żyjemy w naprawdę ciekawych czasach. Ale wróćmy do naszych rozważań… Beethoven, by ocalić życie niewinnej i tak już okrutnie potraktowanej przez los małej istoty, decyduje się podpisać z Diabłem pakt (dochodzi do tego rzecz jasna po wcześniejszym okiełznaniu wewnętrznych oporów i dylematów), na mocy którego przyjmuje i zobowiązuje się respektować warunki kontraktu przedstawione przez reprezentanta czarcich mocy. O randze całego przedsięwzięcia świadczy fakt, iż treść tegoż paktu, zwieńczona podpisami obydwu podmiotów umowy, spisana została na odwrocie strony wytarganej z Biblii. Ranga i znaczenie tej świętej księgi da o sobie znać w momencie, gdy dwukrotnie podejmowana przez Mefistofelesa próba spalenia manuskryptu od płomienia świecy kończy się niepowodzeniem, wówczas z zawartej na biblijnej kartce umowy, znikają podpisy firmujących ją stron. Dlaczego próby spalenia owianego legendą dzieła Beethovena przez księcia mroku nie powiodły się oraz gdzie po jego oddaleniu się, Twist schował (przed przyszłymi pokoleniami czy też dla przyszłych pokoleń?) rękopis Dziesiątej Symfonii? Tego wszystkiego dowiemy się ze wspomnianego już wprowadzenia – streszczenia historii zawartej na tym albumie. Profesjonalizm z którego słyną twórcy tej rock opery, bo z takim muzycznym gatunkiem mamy w przypadku „Beethoven’s Last Night” do czynienia, a także niezwykły pietyzm z jakim budują każdy kolejny element i epizod tej niezwykle intrygującej historii nie pozostawia u słuchacza wrażenia niedopowiedzenia czy wątpliwości. Kreatorzy tego konceptu zadbali o najdrobniejsze szczegóły, także te mające ułatwić odbiór ich dzieła, dlatego nie powinno uważnego odbiorcy zdziwić zamieszczenie w książeczce treści owego paktu. To naprawdę robi wrażenie ale i wzmaga szacunek dla samych twórców.

Mamy tutaj do czynienia z opowieścią niecodzienną, ekscytującą i niewątpliwie przerastającą naszą szarą rzeczywistość. Historia życia Beethovena niestety nie sytuuje go w gronie ludzi żyjących pod kloszem niczym niezmąconej szczęśliwości. Stworzył jedne z najwspanialszych dzieł w historii muzyki, pomimo faktu, iż w momencie ich powstawania był kompletnie głuchy. Jak musiał czuć się człowiek, który w oczach milionów zafascynowanych jego twórczością odbiorców, powinien mieć nadzwyczaj rozwinięty ośrodek słuchu, a tymczasem nie może poszczycić się posiadaniem go chociażby w szczątkowej formie?

Muzycznie krążek stanowi fascynującą fuzję wzorcowego połączenia tradycyjnie postrzeganego rockowego instrumentarium, kojarzonego wszakże bardziej z ekspresją i motoryką typową dla świata heavy metalu z doskonale wplecionym w struktury utworów i kojarzonym głównie z muzyką klasyczną bogactwem naturalnego instrumentarium i generowanego przez nie brzmieniowego przepychu. Wszystko rzecz jasna podane w odpowiednim stężeniu i mistrzowskim, perfekcyjnym wykonaniu. Przedsmak owego zdumiewającego mariażu usłyszymy już w otwierającej album uwerturze („Overture”). Już na starcie otrzymujemy cytat z twórczości Beethovena, temat przewodni z „Adagio Sostenuto” stanowiącego z kolei fragment „Sonaty Księżycowej”. Jestem przekonany, ze cytat z tego dzieła nie pojawia się tutaj przypadkowo, wszak Wielki Kompozytor odszedł z tego świata w porze nocnej. „Overture” wieńczy odgłos burzy, i to także nie jest dziełem przypadku, gdyż – czego możemy dowiedzieć się ze streszczenia przedstawionej tu historii, o którym wcześniej wspomniałem i z którym zaznajomienie się jest tak istotne dla właściwego i całościowego odbioru dzieła – owego wiosennego dnia, 26 marca 1827 roku „miasto Wiedeń jest doświadczane największym atakiem błyskawic w całej swojej dotychczasowej historii” (tłum..własne). TSO lubuje się we wplataniu cytatów pochodzących z twórczości znanych kompozytorów muzyki klasycznej i nie inaczej jest także na tej produkcji. Mimo, iż jak sam tytuł tej rock opery wskazuje, sprawa dotyczy Beethovena – najczęściej granego kompozytora na świecie, to doszukamy się tutaj sporej ilości „zapożyczeń” z twórczości innych klasycznych kompozytorów (Mozart, Rimski–Korsakow), zaś melomanii i wytrawni znawcy dzieł kompozytorów klasycznego autoramentu, będą mogli, wykazując się znajomością tematu i refleksem, próbować rozpoznać tytuły utworów z których pochodzą wykorzystane fragmenty, po pierwszej, drugiej,… czy którejś kolejnej nutce. Zastanawiająca może być ilość wykorzystanych cytatów z twórczości Mozarta ale śledzący uważnie tę historię słuchacze z łatwością skonstatują, dlaczego tak właśnie jest? I cóż ja jeszcze mogę w tej sytuacji dodać? Chyba tylko tyle, że panowie z TSO wywindowali niezbyt często reprezentowaną przez rockowych twórców i niezbyt docenianą przez rockowe środowisko muzyczną formę, określaną mianem rock opery do poziomu nieosiągalnego przez rzesze próbujących im deptać po piętach epigonów. Tylko czy można deptać po piętach kogoś, kto stanowi klasę sam dla siebie i na dodatek pochodzi z innego wymiaru?

(Recenzent: Karol F.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *