Sepultura “Roots”

SEPULTURA – “Roots” ; 1996 Roadrunner Records

Od pewnego czasu oczy całego świata zwrócone są w stronę Brazylii. Z niepokojem śledzimy medialne doniesienia z tego ogromnego placu walki z żywiołem – gigantyczne pożary trawią deszczowe lasy Amazonii. Bezmyślna i zupełnie niekontrolowana wycinka ogromnych połaci puszczy amazońskiej, a teraz do tego dochodzą jeszcze rozprzestrzeniające się z ogromną prędkością, wręcz niemożliwe do opanowania pożary trawiące trudne do wyobrażenia ogromne obszary tego zakątka świata, zwanego zielonymi płucami Ziemi. To już nie jest tylko i wyłącznie sprawa garstki walczących o przyszłość naszą i przyszłych pokoleń ekologów – aktywistów, to sprawa istotna dla nas wszystkich! Jak na ironię zdaje się tego problemu nie dostrzegać, a nawet bagatelizować jego rozmiar i znaczenie osoba, która z pomocą agencji rządowych i przepisów prawa powinna chronić ten jedyny w swoim rodzaju zakątek naszego globu oraz mieszkające tam plemiona Indian. O kim mowa? Oczywiście o prezydencie Brazylii, Jairze Bolsonaro.

Jair Messias Bolsonaro, obecny przywódca Brazylii został zaprzysiężony na swoje stanowisko dokładnie 1 stycznia tego roku. To reprezentant skrajnej prawicy, a przedwyborcze zapowiedzi zmian, jakie zamierzał wprowadzić po wygranych przez siebie wyborach prezydenckich, aż jeżyły włosy na głowie obiektywnym komentatorom życia politycznego. Już wówczas obawiano się, ze jeśli „Trump tropików”, jak go nazywano, zrealizuje swą wyborczą retorykę,  w tym ogromnym kraju może dojść do ostrych konfliktów, a nawet chaosu o nieobliczalnych konsekwencjach i niewyobrażalnym zasięgu terytorialnym. Bolsonaro uznał, że sytuację gospodarczą kraju, a co za tym idzie i wpływy do państwowej kasy można znacząco wzmocnić poprzez znacznie intensywniejszą, aniżeli miało to miejsce do tej pory, gospodarkę bogactwami i surowcami Amazonii. Jednym z najistotniejszych jego postulatów był zamiar ułatwienia koncernom górniczym i farmerom oraz plantatorom eksploatacji lasów deszczowych. Próby jego realizacji budziły uzasadnione obawy u wszystkich, którym na sercu leży przyszłość naszej planety. Farmerzy w celu pozyskania nowych obszarów pod uprawy i hodowlę bydła nie bawią się w karczowanie drzew, tylko wzniecają pożary nad którymi szybko tracą kontrolę. Na domiar złego błyskawicznemu rozprzestrzenianiu się ognia sprzyja panująca obecnie na tych obszarach susza. Na naszych oczach spełnia się najczarniejszy ze scenariuszy: „zielone płuca Ziemi” będą się kurczyć jeszcze szybciej, co w epoce zmian klimatycznych może mieć fatalne skutki dla całego świata! Upłynęło raptem kilka miesięcy jego prezydentury i już mamy tego pierwsze efekty – efekty niewyobrażalnej indolencji i skrajnej głupoty!

Wydaje mi się, że to – w odniesieniu do poruszonego wątku dewastacji amazońskich lasów – najlepszy moment na zaprezentowanie w naszym cyklu jednego  z najwybitniejszych dokonań dumy brazylijskiej sceny metalowej i doskonale znanej na całym świecie grupy SEPULTURA. Tak się składa, że rejestracji i publikacji swoich trzech najwybitniejszych albumów grupa dokonała w latach 90 – tych ubiegłego wieku, zaś bohaterka niniejszej rozprawki, płyta „Roots” bezdyskusyjnie (w mojej skromnej ocenie) do tej trójcy się zalicza, zatem wszystko zdaje się być na właściwym miejscu. Skoro brazylijskie lasy tropikalne określa się mianem płuc Ziemi, to bez zbędnej i wyrachowanej intencyjności można stwierdzić, że we wspomnianych już latach 90 –  tych XX w., grupa ta odgrywała rolę (skoro już trzymamy się terminologii przynależnej organizmom żywym), jeśli nie „serca muzyki metalowej”, to przynajmniej jej płuc. Nazwa grupy była wówczas na ustach wszystkich miłośników ciężkich brzmień, a jej dokonania uznawano za wyznaczniki i drogowskazy dla całych rzesz muzycznych naśladowców. SEPULTURA była wówczas nie tylko synonimem najwyższej jakości w muzyce ale i niesłychanej oryginalności.

Przyznaję uczciwie, że mój proces asymilacji z tym materiałem (a miałem okazję zapoznać się z nim w stosunkowo krótkim czasie po jego oficjalnej rynkowej premierze) wcale nie przebiegał bezboleśnie, jakby się mogło wydawać. Nie była to zatem w moim przypadku miłość od pierwszego, drugiego, a nawet któregoś z kilku kolejnych przesłuchań! Trochę trwało zanim uległem urokowi tego materiału i zacząłem dostrzegać jego magnetyzującą moc. Z czego wynikała ta zwłoka? Zapewne z mojego nastawienia i oczekiwań związanych z każdym kolejnym produktem sygnowanym nazwą tej grupy. Po prostu: nie takiej SEPULTURY oczekiwałem! Nie z taką SEPULTURĄ się identyfikowałem! Bo jakże to: nowa płyta jednej z najbardziej hołubionych przeze mnie metalowych załóg pozbawiona zawrotnego tempa, skomplikowanych riffów, kaskadowych przejść perkusyjnych, niemal doszczętnie odarta z wysmakowanych i pełnych inwencji gitarowych solówek,…? Faktem jest, że już na wcześniejszym albumie, znakomitym „Chaos A.D.”, grupa zasygnalizowała i jednocześnie dała wszystkim swoim zwolennikom do zrozumienia, iż definitywnie zrywa z przeszłością, że uwiera ją łatka zespołu thrash metalowego i nie zamierza po raz kolejny wchodzić do tej samej rzeki, to jednak wciąż tliła się nadzieja, że przecież nie uciekną daleko od estetyki w której są przecież najlepsi, a tu proszę – taki zgryz! Katastrofa, chciałoby się rzec ale za to – jak się miało wkrótce okazać – jaka piękna!  Powoli, powoli rosło moje zainteresowanie tym albumem, aż do momentu w którym z całą świadomością mogę stwierdzić, iż – jak już wcześniej wspomniałem – to jedna z trzech najlepszych pozycji w dyskografii tej grupy i będąc na bieżąco z obecnymi dokonaniami tej załogi, nie zanosi się, bym miał to w przyszłości odszczekać, choć…

„Roots” nie jest albumem koncepcyjnym ale jeśli powiążemy czy też połączymy ze sobą  elementy składowe tego wydawnictwa: świetną okładkę, z wcale przesadnie nie wyeksponowanym, za to perfekcyjnie wkomponowanym i tym samym nie dającym się nie zauważyć emblematem – symbolem grupy, słynną kościstą „S”- ką z logo grupy, tętniącą niezwykłym etnicznym pulsem (co istotne, wciąż niesłychanie ostrą i ciężką, jak nigdy wcześniej) i wyrosłą z (nomen omen) thrashowych korzeni muzykę oraz mocne i zaangażowane teksty, wówczas wszystko zaczyna tworzyć jedną niezwykle zintegrowaną i nierozerwalną całość. Co prawda owych etnicznych elementów można było doszukać się już na wcześniejszych wydawnictwach SEPULTURY ale występowały tam w znacznie bardziej skondensowanej postaci i odgrywały bardziej rolę smaczków aniżeli istotnego elementu stanowiącego podbudowę warstwy rytmicznej czy też struktury melodycznej, natomiast na „Korzeniach” zespół nie tyle wyraźnie poszerzył wpływ tych elementów na ostateczny kształt kompozycji, co nie zamierzał się ograniczać w ich dawkowaniu i iść na żaden kompromis. Oczywiście ryzyko było spore, ponieważ metalowa brać, to społeczność dosyć hermetyczna i na nową propozycję swoich ulubieńców mogła zareagować w sposób nieprzewidywalny, wszakże rzeczy wielkie nie znoszą kompromisów, a niezrozumienie dzieła artysty przez odbiorcę, to przecież element wkalkulowany w tę profesję, więc i z takim scenariuszem zespół musiał się liczyć. Dzięki takiemu bezkompromisowemu podejściu grupie udała się rzecz niezmiernie rzadka – stworzyła zupełnie nową muzyczną jakość na metalowej scenie, którą można zamknąć w krótkim terminie „etno – metal”. Całe szczęście, że przy tak znaczącym udziale elementów etnicznych w zaproponowanych przez zespół kompozycjach udało się zachować stosowną przewagę w dźwiękowych proporcjach na rzecz metalowej ekspresji i w odniesieniu do tego albumu możemy spokojnie mówić o pozycji bezspornie utrzymanej w metalowej konwencji z elementami etnicznymi, a nie na odwrót, choć ilość i rodzaj zwiezionego przez zespół do studia nagraniowego „instrumentarium etniczno – ludowej proweniencji” jeszcze przed odsłuchem materiału wcale takiej pewności nie dawał. No, bo jak może zareagować wyznawca metalu, jeśli dochodzą do niego informację, że na nowym albumie SEPULTURY zostanie uraczony dźwiękami wydobytymi z takiego ustrojstwa, jak: berimbau, djembe, lataria, chocalho paje, surdo de meio, tiro no pandeiro, reco – reco na pedra, surdos baixo, xequere,… Obawy były, i to nie małe!  Na dodatek – i zapewne w celu urealnienia swojego korzennego bakcyla – grupa opuściła ciepłe i bezpieczne ściany studia nagraniowego, by 5 listopadowych dni 1995 roku spędzić w jeszcze cieplejszej amazońskiej dżungli. Celem tej wyprawy był zlokalizowany w stanie Mato Grosso, „Aldeia Pimentel Barbosa” – matecznik Indian plemienia Xavante. Efekty wspólnego jammowania zespołu z tubylcami odnajdziemy w utworze tytułowym, czyli… „Itsari” (w języku Indian z plemienia Xavante oznacza on korzenie właśnie) oraz „Born Stubborn”. Wszystko to jednak miało miejsce znacznie później, bowiem…

Pierwszy poważny „eksperyment amazoński” (za takowy uważam utwór, który w całości został zaaranżowany w oparciu o elementy charakterystyczne dla folkloru brazylijskiego, nie zaś kompozycje w które amazońskie motywy zespół wplatał na zasadzie ciekawostki – intrygującego przerywnika, bo takowe zdarzały się mu już wcześniej w przeszłości) wypadł ekipie Maxa Cavalery znakomicie! Mam tu rzecz jasna na myśli pochodzący z poprzedniczki („Chaos A.D”) instrumentalny, akustyczny utwór „Kaiowas”  Znakomicie pasowałby także do „folkowej sekcji” omawianego krążka, także dlatego, iż dotyka wciąż gorącej kwestii amazońskich lasów. Jak dowiadujemy się z informacji zamieszczonej w booklecie wydawnictwa, został zainspirowany przez zamieszkujące lasy deszczowe plemię brazylijskich Indian. Na znak protestu przeciwko podejmowanym w stosunku do tej i innych lokalnych amazońskich społeczności działaniom brazylijskiego rządu, który próbował odebrać im ich najdroższą ziemię i wierzenia, plemię Kaiowas popełniło zbiorowe samobójstwo. Takie działania ówczesnego i kolejnych rządów niestety miały i wciąż mają tam miejsce, a cały tzw. cywilizowany świat patrzy na to (o ile takie informacje zdołają przebić się w światowych mediach, gdyż o to, by takowe treści nie przedostawały się do świadomości międzynarodowej opinii publicznej częściej aniżeli to konieczne, bardzo stara się zupełnie nie dbająca o rozgłos, za to bardzo ceniąca sobie anonimowość potężna grupa interesu) i daje milczące przyzwolenie na te bulwersujące praktyki. „Sad, but true”, że posłużę się powszechnie znanym tytułem z czarnego klasyka! Po fantastycznym przyjęciu i odbiorze tego utworu przez brać metalową i olbrzymim międzynarodowym sukcesie albumu z którego pochodził, SEPULTURA mogła już bez najmniejszych obaw sięgać (dla zaspokojenia artystycznych potrzeb własnych, służących wzmocnieniu kierunku swoich nowych twórczych poszukiwań) coraz głębiej, do zupełnie jeszcze w świecie ostrych dźwięków nie eksplorowanych amazońskich inspiracji,… do samych ich korzeni! Zasygnalizowany w „Kaiowas” palący (dosłownie i w przenośni) problem płonących amazońskich lasów na omawianym krążku w bardzo wyrazisty sposób kontynuuje „Ambush” w którym Max na tle ultra ciężkiego podkładu, nie oszczędzając swoich strun głosowych wypluwa z siebie, jakże ważne, aktualne i skłaniające do refleksji, tak wówczas, jak i obecnie kolejne wersy tekstu: „Mój rozdzierający krzyk jest wołaniem o sprawiedliwość / Amazonia płonie, czy słyszysz to wołanie? / Ze wszystkich sił walczył będę, by przedłużyć jej istnienie o kolejny dzień, więc przyłącz się do naszego apelu, byśmy wspólnie położyli tamę dewastacji tego dziewiczego zakątka świata / Straszą, że jeśli będziemy stawiać opór, to nas pozabijają lecz my jesteśmy gotowi ponieść ofiarę z życia, jeśli tylko w ten sposób będziemy mogli ich powstrzymać… / Położysz temu kres w walce! / Położysz temu kres ginąc w walce o lepszy świat!” (tłum. własne). Tekst tego utworu został zainspirowany bohaterską i niezłomną postawą Chico Mendesa, aktywisty, eko – bohatera, obrońcy lasów tropikalnych przed niszczycielskim działaniem chciwych drzewnych korporacji, który swoją niezłomną postawę przypłacił życiem. To efekt zatroskania człowieka doskonale zdającego sobie sprawę ze zgubnej działalności naszej rasy o przyszłość nas samych, przyszłość kolejnych pokoleń, a jednocześnie zachęta do podjęcia walki o przetrwanie, by nie przyglądać się bezczynnie i biernie masowemu wyrębowi amazońskiej dżungli, by się zjednoczyć we wspólnej walce w obronie tego, co od zarania dziejów gwarantowało przetrwanie naszego gatunku. To prosty i czytelny komunikat wysłany przez człowieka świadomego spustoszeń, jakich dokonuje współczesny reprezentant homines sapiens na ekosystemie, którego unicestwienie doprowadzi nas na skraj przepaści – ekologicznej zagłady! I ten wątek kontynuuje następujący bezpośrednio po „Ambush” utwór o jakże wymownym tytule: „Endangered Species” („Zagrożony Gatunek”). Kolejna przestroga dla rasy ludzkiej, która przez swą bezmyślność, głupotę i chciwość sama katapultowała się na pozycję nr.1 listy gatunków zagrożonych wymarciem. Niewesoły jest również w swej wymowie „Dusted” – swoista próba analizy życia człowieka zagubionego,  zdesperowanego, ulegającego frustracji; tutaj za inspirację posłużył rzekomo film „Upadek” z  Michaelem Douglasem, jako odtwórcą roli głównej. Generalnie w jakże ważnych i niejednokrotnie zaangażowanych społecznie tekstach przeważają tematy poważne, mroczne, ponure i – jak sama muzyczna osnowa –  ciężkie ale niewątpliwie skłaniające i dające do myślenia.

Przyznam szczerze, że w zaproponowanym tu muzycznym tyglu sepulturowej rozmaitości i tak mam swojego cichego bohatera w postaci dziwadła o nazwie „Ratamahatta”. Niech ktoś spróbuje ten wytwór zbiorowej inkantacji przyporządkować do czegokolwiek, z czym mieliśmy dotąd do czynienia w szeroko pojętej muzyce popularnej – ja czuję bezsilność! To jakieś odjechane połączenie obrzędu voodoo z ceremonią plemiennej inicjacji, rytualnego uboju, alkoholowej libacji,… i chyba tylko rejestrujący go raczą wiedzieć czego jeszcze? Na dodatek – co czyni go jeszcze bardziej tajemniczym i wzmacnia efekt jakiejś odrealnionej aury niesamowitości – został wyartykułowany (wyśpiewany? wywrzeszczany?) po portugalsku ale w brazylijskim slangu – totalny odlot! Za to o tytuł najbardziej reprezentatywnego numeru dla całej płyty, swoistej jego wizytówki, mógłby śmiało ubiegać się otwierający go utwór „Roots Bloody Roots”. Zawarta w tytule swoista gra słów w bardzo czytelny i wymowny sposób nawiązuje do kanonicznego „Sabbath Bloody Sabbath” znanej wszem i wobec grupy. Zatem poza korzeniami, jakie odnajdziemy w warstwie tekstowej, chodzi w nim także o wskazanie muzycznych korzeni SEPULTURY, oddanie hołdu praojcom ciężkiego grania, grupie BLACK SABBATH! Jeśli doszukiwać się kolejnych analogii, to wymienionemu tu klasykowi Ozzy’ego & Co., podobnie jak „Roots Bloody Roots” przypadła w udziale rola „otwieracza” jednej z najważniejszych płyt w historii rocka, albumu „Sabbath Bloody Sabbath”! Dlaczego zatem w moim mniemaniu, właśnie on stanowi wizytówką całej „Roots”? Ano dlatego, że kumuluje w sobie i odzwierciedla wszystkie zmiany, jakie nastąpiły w muzyce tego zespołu, choć może odpowiedniejszym byłoby stwierdzenie: w podejściu do tworzenia muzyki w tym zespole. Nie znajdziemy już tutaj zawrotnych prędkości, pogmatwanych aranży czy jakichkolwiek elementów charakterystycznych dla (dotychczasowych) wiodących reprezentantów thrashmetalowej stylistyki. To już przeszłość! Tutaj dominuje potężny i przytłaczający swoim niemiłosiernym tonażem dół uzyskany dzięki obniżonemu strojowi gitar i basu, potężne akordy i bazujące na prostych riffach motywy, nawet nie tyle melodyczne, co rytmiczne, gdyż utwory z tej płyty zostały skonstruowane w oparciu o rytm właśnie – to jest ich główna siła napędowa, która ma olbrzymią moc oddziaływania na słuchacza! W takim właśnie tonie utrzymana jest zdecydowana większość tego materiału ze wskazaniem na lokomotywy w rodzaju: „Roots Bloody Roots”, „Attitude”, „Breed Apart”, „Straighthate”, „Endangered Species”. Odłam szybkościowy, choć nie jest to zdecydowanie sekcja sprinterska, reprezentują tu zaledwie dwa tytuły: „Spit” i króciuteńki, zajadły, utrzymany w punkowo – core’owej estetyce „Dictatorshit”. Na upartego można by w poczet tych szybszych zaliczyć jeszcze „Ambush” – i to tyle! Na „Roots” rządzi bowiem ciężar i rytm i kto wcześniej kwestionował znaczenie tych elementów na ostateczny kształt kompozycji, będzie miał twardy… korzeń do z(a)gryzienia!

W roku 1993 ta, będąca wciąż na ogromnej fali wznoszącej formacja zrejestrowała utwór pod może nieco buńczucznym, za to wszystko mówiącym tytułem: „We Who Are Not As Others”. Można założyć, iż wraz z jego upublicznieniem SEPULTURA powiedziała symboliczne „a”, i trzeba przyznać, że album „Roots” dowodzi, iż grupa zrobiła wszystko, by udowodnić, że nie były to tylko czcze przechwałki, a owa deklaracja „inności” nie straciła nic ze swojej aktualności. Dowiedli tego zawartością „Roots”, zaś przypieczętowali tekstem (owym symbolicznym „b”) zawartym w „Born Stubborn”, który jest niczym innym, jak rozwinięciem tamtego wątku: „Wyznaję takie prawo, jakie odziedziczyłem po swoich przodkach i nie zamierzam ci się z tego tłumaczyć / Tak już jest od samego początku i nie jesteś w stanie tego zniweczyć / Sepultura jest po prostu w naszych sercach i nikt nie zdoła nam tego odebrać / Te korzenie już zawsze będą w nas tkwić” (tłum. własne). Dzięki „Roots”, SEPULTURZE udało się osiągnąć, jak mało któremu reprezentantowi ekstremalnej sceny metalowej,  stan niezachwianej równowagi pomiędzy tak ostentacyjnie deklarowaną i zarazem skutecznie pielęgnowaną własna tożsamością, a przynależnością do wielkiej metalowej rodziny; to, jak wywalczenie sobie autonomii przy jednoczesnym zachowaniu wspólnotowej przynależności. Rzeczywiście, nie byli, jak inni!

Oczywiście należy wziąć poprawkę na fakt, że choć to krążek wypełniony „korzenną muzyką”, to niekoniecznie przypadnie ona do gustu każdemu wielbicielowi korzennych przypraw? Zważywszy jednak na to, iż gust muzyczny kształtuje się przez wiele lat, podobnie zresztą jak kulinarny, jest na to duża szansa.

K.F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *